fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Co z tą Łodzią?

dodany przezKamil Timoszuk 28 września 2016 2 komentarze

Dawno już nie pisało mi się tak ciężko jakiegoś tekstu. Pomimo tego, że od weekendowych zawodów w centrum Polski minęło już kilka dni, to do dziś nie napisałem o nich ani słowa. Myślę jednak, że to dobry moment aby na przykładzie ostatniej imprezy, spróbować odpowiedzieć sobie na tytułowe pytanie.

Łódź od kilku już lat jest miejscem, gdzie regularnie zjeżdżają się setki ludzi trenujących CrossFit w Polsce, aby sprawdzać swoje aktualne umiejętności. Taką możliwość dają dwie, a właściwie to trzy cykliczne imprezy jakie tam się odbywają – Łódź Garage Games indywidualna, Łódź Garage Games zespołowa (system 2+1) oraz dwójkowe Double Trouble. Jak na jedno miasto, gdzie istnieje i to od bardzo niedawna zaledwie jeden afiliowany box, to całkiem pokaźna liczba. Takie ośrodki jak Warszawa, Wrocław czy inny Kraków mogą tego z pewnością na swój sposób pozazdrościć. Pomimo też tego, przez te kilka lat każda z tych łódzkich imprez zyskała wielu swoich zwolenników, ale także i mniej lub bardziej zagorzałych przeciwników. I co ciekawe, każdy z tych obozów ma swoje racje, które mają autentyczną rację bytu.

double-trouble-vol-4-1

Łódź Garage Games było prawdziwym prekursorem zawodów crossfitowych w Polsce. Gdy Krzysztof Bajera z pomocą Marcina Zaworonka zabierał się za organizację pierwszych ŁGG, większość osób pewnie pukała się w głowę słysząc o tym. Ci jednak, którym brakowało rywalizacji, sportowej adrenaliny i czystego współzawodnictwa uwierzyli Krzyśkowi i zaczęli po prostu przyjeżdżać na jego eventy. Wszystko to z biegiem dość szybkiego czasu, zaczęło rosnąć. Rosnąć do takich rozmiarów o jakich być może nawet sam organizator na początku nie myślał. Bo nie ma żadnych wątpliwości, że Łódź Garage Games jest imprezą, gdzie podczas każdego weekendu liczba „przerobionych” ludzi sięga nawet 300 osobom. Dzieje się tak jednak w dużej mierze z jednego głównego powodu – braku jakichkolwiek eliminacji. W czasach, gdzie wszystkie liczące się imprezy typu europejskie Throwdowny czy też polskie LOGinLAB oraz AESC takie eliminacje mają, tak ŁGG od samego początku nie szło tą drogą.

double-trouble-vol-4-2

W efekcie tego w ciągu dwóch dni mógł wystartować dosłownie każdy, kto tylko zdążył się zapisać w wyznaczonym terminie i wystarczyło dla niego miejsca na liście startowej. Czy jest to dobre? Można na to spojrzeć z dwóch stron. Pierwsza jest taka, że każdy może posmakować wcześniej wspomnianej adrenaliny jaką daje taka rywalizacja. Wiem o czym piszę, bo zdarzyło mi się w owej Łodzi kiedyś wystartować. Z drugiej jednak strony to, że wystartować może każdy, to nie oznacza automatycznie że każdy powinien. Nie raz bowiem zdarzyło się tak, że na te zawody przyjeżdżali ludzie, którzy startować jeszcze po prostu nie powinni – głównie dla własnego dobra. Internet nie raz był zasypywany filmikami z Łodzi, kiedy ludzie uskuteczniają jakieś fokopompki, dziwne machanie kettlem czy inne kocie grzbiety ze sztangą (nie mylić z kocimi ruchami). Taki stan rzeczy nie brał się jednak znikąd ponieważ składowych było wiele.

double-trouble-vol-4-3

Sędziowanie jest jednych z tych czynników, które decydują o tym czy o jakichś zawodach mówi się dobrze. Jeśli jednak to właśnie sędziowie i ich ewentualne błędy dominują w poimprezowych rozmowach i dywagacjach to coś tu jest na pewno nie tak. A w przypadku ŁGG tak już nie raz było, skąd wzięło się powiedzenie o „łódzkich standardach”. Określenie które odkąd zacząłem jeździć po różnych innych imprezach, słyszałem już zdecydowanie zbyt wiele razy. Co też jest tym bardziej dziwne, że to właśnie w Łodzi sędziowie jako jedni z nielicznych (jedyni?) w Polsce otrzymują za tego typu pracę regularne wynagrodzenie. Jak jednak widać, nie chroni to w żaden sposób przed popełnianymi zwykłymi błędami oraz wielbłądami. I jak nie trudno wywnioskować z zakulisowych rozmów, jest to też jeden z czynników decydujących o tym, że do Łodzi wiele mniej lub bardziej znaczących się osób na polskiej crossfitowej scenie nie przyjedzie nigdy. Bo nie ma chyba nic gorszego dla zawodnika, jak poświęcić swój czas, wydać swoje pieniądze, przygotować się do zawodów, a następnie przyjechać do Łodzi i widzieć na przykład jak ktoś obok ciebie wykonuje „węgorze”, kiedy ty starasz się trzymać prawidłową technikę, Technikę która przeważnie mniej efektywna, a jest tak samo punktowana jak te „rybne popisy”.

double-trouble-vol-4-4

Poza tym wszystkim warto sobie odpowiedzieć czasem na pytanie po co i dla kogo są organizowane takie imprezy jak te w Łodzi? Dla zarobienia kasy, dla frajdy zawodników, dla emocji dostarczonym kibicom czy z przyzwyczajenia dla podtrzymania kilkuletniej tradycji? Ja na to pytanie dziś na pewno nie odpowiem, ale patrząc na to ze swojej perspektywy wiem na pewno jedno i potwierdza to też w rozmowach wiele osób. Mianowicie końcówka praktycznie każdej crossfitowej imprezy w Łodzi jest lekko przygnębiająca. Bo jak tu mówić o wielkich imprezach, poważnej rywalizacji czy trzymających do samego końca emocjach, kiedy niemal za każdym razem gdy każda z łódzkich imprez powinna się rozkręcać, to tym bardziej przypomina stypę. Finały rozgrywane w niemal dosłownie pustej sali CPM-u, gdzie zostają do końca tylko najwięksi wariaci, tacy jak na przykład ja, oraz rodzina i znajomi zawodników, stały się mało chlubną tradycją.

double-trouble-vol-4-5

GALERIA ZDJĘĆ Z DOUBLE TROUBLE vol. 4

Niestety też nie inaczej było podczas ostatniego weekendu i czwartej już edycji zespołowych Double Trouble. Imprezy praktycznie półamatorskiej, ale posiadającej niewątpliwy potencjał. Szczególnie ze względu na swoją formułę startów w parach czyli coś co nie jest aż tak bardzo powszechne jak starty indywidualne. Dlatego też w weekend w Łodzi była okazja aby wystartowało dobrze ponad 100 osób i w wielu przypadkach czerpali z tego radość. Tak się jakoś złożyło, że we wszystkich z kategorii zdarzyły się takie zespoły, które niemal w ciemno można było typować do ostatecznego zwycięstwa i praktycznie bez żadnego pudła były to strzały celne. Nie oznacza to oczywiście, że przez bite dwa dni zabrakło w Łodzi emocji, bo takie stwierdzenie byłoby oczywistym kłamstwem. Jednak tak jak w piłce nożnej „grają wszyscy, a na końcu i tak wygrywają Niemcy” 😉 Plusem czwartej już edycji Double Trouble było to, że workouty które przygotowali na dwa dni organizatorzy, były dla każdej z kategorii od siebie różne. Z jednej strony było miejsce dla efektownej drabiny snatchy, a z drugiej szczególnie niedzielna kategoria Open dostała workouty tak długie, że wydawały się niemal nie mieć końca 😉 Nikt jednak nie mógł przez to narzekać na to, że nie miał okazji się zmęczyć.

double-trouble-vol-4-6

Niestety nie zabrakło i tym razem jednej kontrowersji w postaci sobotniej dogrywki w kategorii Elite, której tak naprawdę nie powinno być. Wszystko przez zwykły ludzki błąd, który może przydarzyć się każdemu, i złe policzenie wyników przed finalnym rozstrzygnięciem. Przez to też dwie pary musiały po całym dniu zmagań popedałować sobie jeszcze na Air Bike’u, co było jednym z najbardziej emocjonujących momentów całej dwudniowej rywalizacji. Szkoda tylko, że kompletnie niepotrzebnym. Na szczęście nawet na imprezach w Łodzi zdarzają się takie chwile, które sprawiają, że ja osobiście nie żałuję tam przyjazdu. Jedną z nich był ten moment uwieczniony na mojej poniższej fotografii. To był kapitalny widok kogoś, kto w tej danej chwili miał kompletnie gdzieś to gdzie jest i jak zorganizowane są zawody. W tej jednej chwili liczyło się tylko dla niej mentalne wsparcie dla osoby, które cieszę się, że udało mi się uwiecznić.

double-trouble-vol-4-7

Jak więc już zauważyliście, z zawodów Double Trouble nie będzie mojej tradycyjnej relacji. Te zawody i rozmowy jakie podczas nich odbyłem, dały mi trochę do myślenia na temat CrossFitu tego bardziej sportowego w naszym kraju, a w Łodzi szczególnie. Czy niebawem nastąpi jakaś rewolucja w centrum Polski w tym temacie? Być może jest na to szansa wraz z nadchodzącą nową formułą Łódź Garage Games, która po wielu latach zaczyna się dostosowywać do panujących standardów. Wiele osób, a w tym także i ja, zastanawiam się czy aby przypadkiem te nowe łódzkie Gejmsy to nie jest aby przypadkiem stary produkt w nowym opakowaniu, ciekawym ale jednak opakowaniu. Jednak dla całej polskiej crossfitowej sceny dobrze by zrobiło aby Łódź miała się obiektywnie dobrze i miała też swoją iście flagową imprezę.

Czy tak będzie to się okaże i już w listopadzie może będzie coś wiadomo co z tą Łodzią?