fbpx
O wszystkimOpinie

Celny filmowy prawy sierpowy

dodany przezKamil Timoszuk 18 września 2015 0 Komentarzy

Filmowe lato na szczęście już za nami. Okres wakacyjny bowiem nie służy temu, aby na ekrany kin wychodziły co najmniej ciekawe propozycje filmowe. Wszystko bowiem kręci się wokół miałkiej papki w postaci głupawych komedii, niedofinansowanych już na pierwszy rzut oka produkcji czy też bajek. Na szczęście ten okres dobiegł już chyba oficjalnie końca.

Dawno już nie dzieliłem się z wami swoimi przemyśleniami na temat obejrzanych w ostatnim czasie filmami. Złożyło się na to wiele rzeczy, takich jak brak czasu czy też po prostu niezbyt częste wizyty w kinie. Większość moich ostatnich wypadów kończyło się na przede wszystkim produkcjach Marvela, takich jak druga część Avengers (ujdzie w tłoku), Fantastic Four (powinni tego zabronić!) czy też kompletnie nieznany w Polsce Ant-Man (pozytywne zaskoczenie). Do tego doszła jeszcze filmowa produkcja o jakże polskim tytule „We are your friends”. Opowiada ona o nastolatkach, z których jeden z nich chce zostać profesjonalnym DJ-em, ale nie wszystko jest takie proste jak mu się na początku wydaje. Poza tym on i jego koledzy, sami sobie potrafią całkiem dobrze komplikować życie. Wychodzi z tego wszystkiego całkiem dobry film z dobrą końcówką, która jednak tyłka nie urywa.

To wszystko to jednak jest pikuś, bo wszystkie te filmy miały tylko być zabijaczami czasu i filmowego pragnienia dobrego kina. A te przyszło wraz z filmem „Southpaw”.

Southpaw plakat

Sportowy dramat jest takim gatunkiem filmowym, który nie każdy lubi. Często dzieje się tak dlatego, że tego typu filmy w dużej mierze opierają się na utartych już dawno schematach, które w kolejnych produkcjach są pokazywane w nowych odsłonach. Opisywany dziś jednak przeze mnie film, jest jednak świetnym przykładem na to, że nawet utartą ścieżkę, można przejść na swój znakomity sposób. „Southpaw”, który w polskiej wersji nosi tytuł „Do utraty sił”, opowiada historię wychowanego w domu dziecka boksera Billy’ego Hope’a, który jest niekwestionowanym mistrzem. Kolejni przeciwnicy po jego ciosach padają jak muchy, a on dopisuje sobie kolejne zwycięstwa do perfekcyjnego bilansu, za co też otrzymuje nie małe wynagrodzenie. W tym wszystkim wspiera go jego najbliższa rodzina – poznana jeszcze w sierocińcu żona oraz ich mała córeczka. Wszystko się jednak zmienia, kiedy w wyniku splotu kilku nieprzyjemnych wydarzeń, ginie żona głównego bohatera. To także ciągnie za sobą wiele przykrych wydarzeń, które finalnie doprowadzają do tego, że ojciec traci swoje dziecko. Wtedy też zaczyna się najtrudniejsza do stoczenia walka w życiu boksera.

Zanim poszedłem na ten film, po raz kolejny przekonałem się o tym, że najlepszym i chyba jedynym wyznacznikiem jakim powinienem się kierować wybierając filmy do obejrzenia w kinie, jest własna intuicja. Wszystko bowiem dlatego, że wiele osób jako największy zarzut wobec tego filmu używało „przewidywalności”. Jeśli jednak ta cała przewidywalność jest stworzona w taki sposób jak w Southpaw, oraz okraszona taką grą aktorską, to ja jestem za tym aby powstawały kolejne tego typu produkcje. Wszystkie oczy w tym filmie skierowane są bowiem na głównego bohatera, którego gra Jake Gyllenhaal. Aktor, który po raz kolejny tym co robi na wielkim ekranie udowadnia, że jego miejsce jest nigdzie indziej jak tylko pośród najlepszych i największych nazwisk. Do tej produkcji musiał się on przygotować nie tylko warsztatowo, ale także i fizycznie. Ucząc się pięściarstwa, wzorował się on na Miguel’a Cotto i to w tym filmie bardzo widać. Do tego bardzo poprawną, nawet ze wskazaniem na świetną rolę zagrała Rachel McAdams, grająca żonę Hope’a, a także jego trener w którego wcielił się Forest Whitaker. Być może można czepiać się jakichś drobnych niuansów i robić z tego wielkie halo, ale w taki sposób można by krytykować niemal każdą produkcję, która kiedykolwiek powstała. Ja natomiast wolałem się skupić na tym, że z tego filmu długimi momentami wylewała się zwykła/niezwykła autentyczność. Jako, że duża część tego filmu dzieje się w mroku lub po prostu pod osłoną nocy, to dodaje innego jeszcze lepszego, bowiem nieco szorstkiego klimatu.

Antoine Fuqua, który jest reżyserem owej produkcji, do swojej dyspozycji nie miał zbyt wielkiego budżetu do wykorzystania. Jednak widać było, że niemal każdy wydany cent został zainwestowany z głową i rozwagą. Co więcej, był on też w stanie zarazić inne osoby swoją wizją tej produkcji do tego stopnia, że taki Harry Gregson-Williams, który jest kompozytorem muzyki do filmu, postanowił pracować przy tym filmie całkowicie za darmo. Poza tym dbając o szczegóły, to każda z czterech przedstawionych w tej produkcji walk, ma autentyczną, a nie dorabianą komputerowo widownię. Będąc tez przy szczegółach, trudno tu nie wspomnieć o niezwykle efektownym ukazaniu pojedynków bokserskich. Świetne ujęcia kamery, zbliżenia i najazdy w odpowiednim miejscu i czasie, a do tego niektóre sceny zagrane w zwolnionym tempie, robią świetne wrażenie na wielkim kinowym ekranie. Nawet na takiej osobie jak ja, która sportami walki nie interesuje się praktycznie wcale. Jeśli jednak w przyszłości będę jeszcze oglądał podobny film, to chciałbym aby on nie zszedł poniżej wyznaczonego przez Southpaw poziomu.

Wspomniany też poziom trzyma muzyka, którą okraszony jest film. Mocne brzmienia w dużej mierze zapewnił Eminem, który w początkowej fazie produkcji filmu miał zagrać w nim główną rolę. Na szczęście chyba dla wszystkich, postanowił on skupić się tylko na muzyce, co dało świetny efekt w postaci mocnego soundtracku.

Czy jednak skoro ta produkcja ma tyle plusów, to czy ma jednak jakieś minusy? Oczywiście, że ma. Choćby bardzo powierzchowne potraktowanie relacji na linii ojciec – córka. W pewnym momencie niemal aż prosiło się o to, aby jeszcze bardziej zagryźć się w ten temat. Poza tym rzuciła mi się w oczy jedna tak drobnostka, która dla filmu krzywdy nie robi, ale jednak w oczy mnie zakuła 😉 Mianowicie mam tu na myśli chamski product placement. Jak to bowiem wygląda, kiedy w brudnej i obskurnej bokserskiej sali treningowej, trener nosi nowiutki i niemal jeszcze pachnący dres od Under Armour, co jest w nachalny sposób eksponowane. Niewielki, ale jednak zgrzyt.

To jednak w żaden sposób nie jest też w stanie wpłynąć na moja ocenę tego filmu, która jest znacznie więcej niż dobra. Być może to ja mam słabość do opowieści w stylu „od zera do bohatera”, ale w żaden sposób nie zamierzam odmawiać świetności filmowi, który wzbudził we mnie tak wiele fajnych odczuć – zarówno podczas oglądania jak i też po jego zakończeniu. A to, że „dobro” na końcu zwyciężyło po raz kolejny? Chyba obecne, średnio wesołe czasy, zbyt wiele osób uodporniły na typowe happy endy. Dlatego tym bardziej cieszę się, że ten kolejny zdarzył się w tak znakomitej formie oraz stylu. To po prostu warto zobaczyć!