CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Całe życie z wariatami

dodany przezKamil Timoszuk 1 września 2017 0 Komentarzy

Stwierdzenie, że każda historia ma swój początek i koniec to banał. Banał jakich mało. Ale z drugiej strony tak to już jest. Dlatego fajnie jest robić tak, aby na koniec każdej historii mieć co opowiadać. Tak jak to jest w przypadku CrossFit Białystok.

Dawno już żadnego tekstu nie zaczynało mi się pisać z takim trudem jak ten dzisiejszy. I dzieje się tak, nie dlatego, że nie mam nic do napisania, tylko właśnie dlatego, że tych myśli jest zbyt wiele. Bo właśnie w tym tygodniu kończy się pewien etap. Dla mnie i dla wielu jeszcze innych ludzi w Białymstoku, pewna era dobiega końca. Wszystko przez to, że jedna z dwóch stałych lokalizacji CrossFit Białystok zmienia swoje dotychczasowe miejsce. Jednak dzieje się to właśnie z tą miejscówką, w której tak naprawdę wszystko wystartowało.

Oficjalna data otwarcia pierwszego crossfitowego miejsca w stolicy Podlasia to 9 listopada 2013 roku. Jednak tak naprawdę całe to szaleństwo rozpoczęło się znacznie wcześniej, kiedy to Michał Zalewski i Damian Truchel organizowali treningi w parkach, lotniskach czy innych białostockich stadionach. Wszystko po to, by zacząć przekazywać ludziom nie tylko swój sposób na trening, ale także swój sposób bycia i myślenia. Po tych prawie 4 latach widać idealnie, że jest cała masa prawdy w stwierdzeniu, że „swój do swego ciągnie”. W innym wypadku trudno by było racjonalnie wytłumaczyć zebranie takiej bandy pochrzanionych w tak pozytywny sposób ludzi 😉 Do wyżej wspomnianych trenerów, w międzyczasie dołączyła też Monika Hendożko, która panów wzięła w garść i pokierowała w odpowiednim kierunku. Dzięki temu otworzyło się miejsce na Marczukowskiej 6. Miejsce, które wygenerowało masę fajnych chwil, zmian, przemian lub pozytywnej energii. I tak sobie ostatnio pomyślałem, że warto by kilka z nich przytoczyć szerszej publiczności. Po co? Dla osób, które stosunkowo niedawno dołączyły do CrossFit Białystok, aby pokazać, że nie przychodzą oni do zwykłego miejsca typu klub fitness. Dla osób spoza Białegostoku, które czytają tego bloga, a wiem że paru z was jest 😉 , aby pokazać że box crossfitowy może, a nawet chyba powinien być czymś więcej aniżeli tylko 4 ścianami.

Jak jednak zebrać w jednym tekście te wszystkie wspomnienia z Marczukowskiej 6 i przekazać je wam w pigułce? Może po części was zawiodę w tej chwili, ale stwierdzam, że nie da się tego zrobić w stu procentach. Aby to zrobić musiałbym chyba podjąć się napisania książki, i to w kilku tomach 🙂 Jednak nic nie stoi na przeszkodzie aby spróbować zrobić to choćby częściowo. Co więc mi osobiście utknęło w pamięci najmocniej z tych 4 lat? Na pewno początki trenowania. Z jednej strony te wspomniane spotkania w parku, gdzie niektórzy ludzie przechodzący obok patrzyli się na nas jak na idiotów. Z drugiej jednak, pierwsze treningi w boxie to było ciekawe doświadczenie. Niby każdy gdzieś, kiedyś, coś trenował, a jak przychodziło co do czego, to każdy musiał się wszystkiego nauczyć niemal od zera. Każdego też wszystko bolało, co było wręcz idealnym punktem zaczepienia niemal każdej rozmowy 😀 Nie ważne, że znałeś kogoś dzień, tydzień czy godzinę – jeśli obydwoje mieliście zakwasy po dniu poprzednim, to oznaczało, że jesteście już ziomami z boxa 😀 Do tego też, wtedy szokującym był aspekt kulturowy tego wszystkiego. Bo super kumplami stawał się prezes dużej firmy z jakimś bezrobotnym albo studentem, ksiądz z policjantem, czy też pan adwokat z biedronkową kasjerką.

Ja przez te niecałe 4 lata tak się złożyło, że uczęszczałem na zajęcia praktycznie na każdą godzinę. Zaczynając od popieprzonej dokumentnie 6:30 (dozgonny szacun #Team630), aż po wybieraną obecnie chyba najczęściej 18:30. Jednak największy sentyment mam do „nieoficjalnej 14:30” czyli klasy, która nigdy nie miała swojego miejsca w oficjalnym grafiku. Tak się jednak złożyło, że powstała w naturalny sposób ekipa, która dzień w dzień z własnej woli przychodziła i katowała się na własne życzenie w swoim trybie 🙂 Trwające w nieskończoność rozgrzewki i czekanie na jednego czy drugiego spóźnialskiego, były niemal normą. Jednak ten zapał i to zajaranie się tym wszystkim było tak silne i tak uzależniające, że trudno to wyrzucić ze swojej pamięci. Bo to po prostu miało swój klimat, bez dwóch zdań. Podobnie też jak pierwsze oficjalne wewnętrzne zawody urządzone w boxie pod nazwą WYZWANIE I (do tej pory odbyło się takich imprez już 9). Rywalizacja, która udowodniła wszystkim, łącznie ze mną, że udział w czymś takim jest to zupełnie coś innego, niż to co się robi na co dzień. Ten strzał adrenaliny, te emocje, to odliczanie „3,2,1, GO!!!” sprawiały, że człowiek dociskał się tak bardzo, jak często nie zdawał sobie sprawy że może. To właśnie podczas WYZWANIA zobaczyłem jeden z najbardziej ekscytujących momentów w historii CrossFit Białystok oraz wszystkich zawodów crossfitowych na jakich byłem w życiu.

Michał Głuszyński, Wyzwanie II, Squat Clean 110kg, OGIEŃ!

A jeśli już przy zawodach jesteśmy, to ciężko nie wspomnieć o pierwszych wyjazdach na takie imprezy w Polskę. CrossFit Białystok nie skalował takich akcji jak pierwsze Rodeo w Poznaniu czy też Garage Gamesy w Łodzi. Ekipy wyjazdowe liczące 25-35 osób były normą, a zdarzały się i tripy przekraczające 60 ludzi. Podczas samych wyjazdów nie brakowało różnych odpałów typu przestawianie kamieni na stacjach benzynowych 😀 I wcale też nie jest wykluczone, że właśnie wtedy zacząłem łapać bakcyla crossfitowych wyjazdów, który trwa jak wiecie do dziś. A skoro o zawodach mowa, to nie można pominąć aspektu świętowania. Bo tak to już się utarło w CrossFit Białystok, że każde zawody trzeba zakończyć afterem na Rx-ie. Nie było klubu w tym mieście, w którym nie rozkręcilibyśmy imprezy 😉 Powroty w godzinach bardziej wczesno porannych, aniżeli późnowieczornych, to kolejna z fajnych tradycji uskutecznianych swego czasu dość regularnie 🙂 Być może dlatego CrossFit Białystok ma „na sumieniu” kilka znajomości, związków, a nawet małżeństw.

To też dzięki boxowi CFB na „Marczuku” powstawały takie pomysły jak paintball trwający od popołudnia do rana, czy skoki spadochronowe dzięki TEMU człowiekowi, podczas których w ramach oczywiście „zaplanowanych atrakcji”, potrafił się nie otworzyć niektórym spadochron 😀 #TrueStory To też w w murach Marczukowskiej 6, zaczął kiełkować pomysł o stworzeniu crossfitowych zawodów, które rozwalą ówczesny system w Polsce. I tak pojawiły się trzy edycje Amarok East Side Challenge. Imprezy z przytupem, która bez dwóch zdań udowodniła wielu niedowiarkom, że nawet na dalekim Dzikim Wschodzie da się zrobić świetne rzeczy.

Jednak to wszystko nie stałoby się i generalnie nie miało by sensu gdyby nie ludzie. Często zakręceni jak baranie rogi i ze zrytymi beretami 😀 Ale właśnie dlatego, że trafił swój na swego, to to wszystko tak dobrze się zgrało i zazębiło przez tyle lat. Dlatego w swoich wspominkach nie darowałbym sobie abym nie oddał głosu ludziom, których tak prywatnie znam, lubię, cenię i dlatego tak chętnie poznałbym ich perspektywę. Jak oni widzieli te minione lata i co najbardziej utkwiło w ich pamięci. Dlatego przeczytajcie co oni zechcieli powspominać 😉

Karol Pogorzelski – „Człowiek skakanka” którego znacie z testów skakanek TU na blogu

Marczuk zawsze będzie mi się kojarzył z jednym ćwiczeniem – wall ball. Jak na co dzień łupiesz je jajowatą piłką 10kg z której coś co się sypie w oczy (a może to tynk ze ścian :D), to gdy w innej miejscówce dostajesz piękną piłkę Rogue 9kg to pffffff. Możesz to jechać cały dzień 🙂

Joanna Zbiciak – Dziewczyna która przygarnęła kropka w postaci Bambosia 🙂

Jeśli kiedykolwiek nie będzie ci się chciało wstać rano na trening to pomyśl, że możesz trafić na ludzi z 6:30. Może nawet ktoś będzie miał wtedy urodziny i zaraz po treningu o 8 rano będą słodkości i rozgrzewający kieliszek. Takich ludzi, jakich spotyka się w CFB chce się mieć nie tylko na treningu, ale też w pracy, czy nawet w domu. Ja jednego do domu wzięłam na dłużej i tak zostało, bardzo polecam 😉

Patryk Łukowicz – Chyba pierwszy w życiu treningowy Team Partner na klasie o 14:30

Ja z sentymentem patrzę na przygodę z CrossFitem, która rozpoczęła się w listopadzie 2013 r, i trwa do dzisiaj, a w szczególności wspominam kilka rzeczy.

Pierwszy trening z Michałem czyli 4 minutowy AMRAP (przysiady, brzuszki, pajacyki, burpeesy) na beginersach. Czułem się jak ryba wyrzucona na brzeg plaży, która z wielkim trudem łapie każdy oddech, zastanawiając się jednocześnie „Co ja tutaj robię?!”. Pierwsze letnie TEAM WODY i długie treningi biegowe, równoznaczne z bananem na twarzy przez resztę soboty. Treningi o nieoficjalnej godzinie 14:30 (pozdrowienia dla Jacka, Kamila, Galika, Tomka, Moniki, i wszystkich o których zapomniałem) i ludzie, których poznałem i znam do dzisiaj.

Aneta Sadowska – Wiecznie uśmiechnięta pozytywna postać boxa

Pierwsze co mi do głowy przychodzi to zawody drużynowe, pierwsze w historii boxa. Walczyłam w jednej drużynie z Anią Dąbrowską-Pisanko. Na tych zawodach pokonałyśmy same siebie, zostawiłyśmy swoje całe serducha w murach Marczuka – po raz pierwszy, ale nie ostatni. Walka z clean-ami o trzecie miejsce, do dzisiaj jest przez nas często wspominana i wracamy do filmu z tego wyczynu. Gdyby nie doping społeczności Marczuka i Jurka Laskowskiego (pierwszej osoby, która we mnie uwierzyła i dodała skrzydeł) to pewnie dawno byśmy się poddały. I słowa Damiana jak już opadły emocje, że jest z nas dumny. Ogólnie Marczuk stał się takim drugim domem, tyle spędzonych godzin na ciężkiej pracy wśród znajomych, którzy z czasem stali się Twoją małą rodziną. Marczuk to nie były tylko cztery ściany, Marczuk tworzyliśmy my, Ci wszyscy którzy codziennie wylewali razem poty, ale też Ci którzy potrafili zebrać się i razem pojechać w siną dał, żeby odpocząć, zabawić się, porostu spędzić ze sobą jeszcze więcej czasu. Sądzę więc, że teraz w nowych murach będzie kawałek Marczuka, dzięki tym ludziom, którzy zawsze byli jemu wierni i go tworzyli.

Paweł Perkowski – Historyczny bo pierwszy zwycięzca WYZWANIA I, który teraz dzielnie mnie wspiera fotograficznie

Jak w kilku zdaniach streścić kilka wspaniałych lat?

Pamiętam te emocje, które towarzyszyły podczas zakupu pierwszego karnetu, pierwsza wizyta w miejscu, gdzie człowiek nie wiedział czego może się spodziewać. Dziś wiem, że można było się spodziewać najgorszego – co w tym kontekście oznacza tylko najlepsze 🙂 Co pierwsze przychodzi mi do głowy kiedy myślę o Marczukowskiej? Oczywiście Wyzwanie nr I.

To jakie emocje towarzyszyły każdemu WOD-owi. Słowa Michała, który po rzekomym finale powiedział mi, żebym zbyt dużo wody nie pił bo to nie koniec. Pamiętam też radość po tym jak doszedłem do siebie po ostatnich metrach na wiosłach i to uczucie, że jestem na pierwszym miejscu. Że to ja wygrałem, wiedząc jakie konie są za mną.

Pamiętam to jakie skrzydła mi urosły, myśląc, że czego ja już nie umiem w świecie CrossFitu – jednak kolejne zajęcia pokazywały w prosty sposób, jak wiele pracy przede mną. I ten zapal, żeby cały czas podnosić sobie poprzeczkę.

Nie mógłbym zapomnieć też o moim ‚małym’ rekordzie w skoku wzwyż – do dziś lubię oglądać filmik, w którym ‚uskoczyłem’ zabójcze jak dla mnie 144cm 🙂

Każdy pierwszy REP, który udało się osiągnąć – gdzie kilka tygodni wcześniej wkurzałem się siedząc na podłodze i myślałem „No kur…! Nie da się!”.

Stety/niestety są też sytuacje mniej ciekawe z mojej perspektywy – finałowa rozgrywka Wyzwania nr II i spędzone pół życia, żeby zrobić 5 MU. Ta niemoc po wykonaniu trzech powtórzeń… Ta chęć, żeby to wszystko pieprznąć i pójść do szatni, najchętniej ją roznieść na strzępy. Ta pogoń za całą resztą Ekipy, za każdym powtórzeniem. Jednak to uczucie kiedy udało się dogonić trzeciego – priceless 🙂

Pamiętam też jakby to było wczoraj, kiedy ucząc się triple unders zapomniałem jak skacze się ‚dable’ – ta irytacja,kiedy czujesz się jak ułomny, a nikt Ci nie wierzy, że zapomniałeś jak się skacze double unders 🙂

To był rewelacyjny czas, który wspominam z wielkim uśmiechem na twarzy. Zmieniło się dzięki niemu moje patrzenie na świat sportu. Za cały ten poświęcony czas ekipie CFB wielka piona! 😀

Magda Anszczak – Dziewczyna od sygnalizacji świetlnej w Białymstoku, której się buzia nie zamyka 😉

Hymmm box na Marczuku i jedno lub dwa fajne wspomnienia, będzie ciężko się ograniczyć, ale Marczukowska 6 to dla mnie stepperki, burpee i NIESAMOWICI ludzie tworzący przecudowną atmosferę. Wiem, wiem spytacie pewnie skąd stepperki na CrossFicie, a więc zacznę od początku… Rok 2013, okres świąteczny, wpada moja młodsza siostra do mieszkania i krzyczy „Magda grubasie, idź na CrossFit, tam Cię odchudzą! Byłam dziś i wiem, że oni są wstanie odchudzić każdego”. Pomyślałam sobie świetnie, zapisuję się! I po jedynych dwóch miesiącach zbierania się w sobie, trafiłam na Marczukowską 6, pierwsze co mi się w oczy rzuciło to, to że stepperki były ukryte, w ogóle cały sprzęt był ukryty. Na recepcji siedział jakiś dziwnie wysoki koleś (tak, chodzi o Michała), poza nim na sali znajdowały się może jeszcze z 4 osoby. Myślę sobie straszne pustki jak na miejsce gdzie chcą odchudzać grubasów, no ale raz się żyje i zagadałam do wielkoluda: „Hej, podobno tu świetnie odchudzacie ludzi, a ja chcę schudnąć do 31 maja”.

Michał bardzo się starał wytłumaczyć mi na czym polega CrossFit i że oni ludzi nie odchudzają. Jednak ten kto mnie zna ten wie, że rozmowa ze mną do najlżejszych nie należy, i przegadać mnie jest niezwykle trudno. Po chwili do rozmowy tekstem typu „Co Pani sprzedaje?” dołączył drugi dziwny koleś w okularach (oczywiście to był Daniel tfu Damian 🙂 ), który wcześniej walał się po podłodze. W momencie kiedy chłopaki przestali wymieniać się spojrzeniami typu „ej stary zadzwońmy do Choroszczy, chyba zginęła im jedna pacjentka”, omówili mniej więcej regulamin, prosząc przy tym o przyjście z opiekunem lub jeśli jestem pełnoletnia okazaniem dowodu (do dziś pamiętam ich urocze miny jak zobaczyli dowód i moją datę urodzenia <3 ) 😀 Ja miałam w głowie swoją super hiper fit sylwetkę, a w ręku podpisaną umowę – cyrograf na trzy miesiące. Właśnie wracając do stepperków, nie uwierzycie, ale 3 marca 2014 roku, w poniedziałek na klasie dla beginnersów trener Damian nie wyciągnął stepperków, nie zrobił tego też dnia następnego, a na trzecich zajęciach zamiast nich były sztangi… No dobra, po drugim treningu wpisałam w internety „CrossFit” i trochę się zdziwiłam. Jednak poszłam na beginnersów jeszcze do Michała, a u niego było jeszcze gorzej niż u Damiana Nie dość że nie było stepperków, nie wierzył mi że jestem chorobliwie otyła, to jeszcze okazało się że w negocjacjach jestem słaba i dostałam 35 burpee kary za zbędną dyskusję. Oczywiście, że byłam zła i obrażona, bo jak to jest ktoś kto śmie mi się sprzeciwić i jeszcze mnie karać… Stwierdziłam że więcej tam nie pójdę, ale jednak w poniedziałek wróciłam, oczywiście od Michała, dostałam jeszcze nie jedną karę, najwyższa to 300 burpee, gdzie kazał skończyć dyskusję i zacząć robić te burpeesy, bo i tak do treningu mnie nie dopuści (bo że niby jak ktoś utyka i ma spuchnięte kolano, to biegać nie może).

Kolejnym wspomnieniem jest trening z 31.03.2014 r. Nie każdy to wie, ale kiedyś nie było time capów i trening robiło się aż się skończyło. Ewentualnie umierało i wtedy zwłoki trenerzy zakopywali w ogródku na tyłach. Tablica mówiła, że trzeba zrobić 50 burpees, 50 sit upów, 50 air squatów, 50 push upów, 50 pull upów i na koniec znów 50 burpee (ćwiczenia w środku mogły być w innej kolejności). Taka ilość burpee mnie przerażała. Ludzie zrobili trening jakoś w granicach 16-18 minut, ja miałam jeszcze milion powtórzeń do zrobienia. Po 20 końcowych burpee powiedziałam że już więcej nie robię, nie robię i już. Wtedy cała grupa zaczęła mnie dopingować, ja zrobiłam kolejnych 10, i wiedziałam już, że spocznę na tyłach w ogródku. Wtedy jednak w mojej męce pomógł mi Arek, który ostatnie 20 powtórzeń zrobił ze mną, moim żółwim tempem. To było cudowne! W życiu nie spodziewałam się, że tyle sił może dać doping i wsparcie innych. Nie umarłam, nie pochowali mnie w ogródku, choć czas miałam jakiś tragiczny bo około 26 minut… Ale wynik chyba nie jest najważniejszy. Ważne że skończyłam ten trening przy pomocy tych cudaśnych ludzi 😀

Super wspomnieniem jest też jedzenie ciastek i picie kawy z Jurkiem (Dźordżem dla kumatych) i trenerkiem Damianem, siedząc na piłkach po treningu na 8:30. Szkoda, że te czasy już nie wrócą…

Wspomnień z Marczukowskiej 6 mam mnóstwo, bo nie oszukujmy się – przez prawie 3,5 roku wydarzyło się wiele i jest co wspominać. A że ja gaduła jestem, to wypracowanie nie miało by końca… Ale jest jeszcze jedna sprawa dla mnie osobiście bardzo ważna. Na Marczuku poznałam miłość swojego życia. Niesamowitym uczuciem jest wstępować w związek małżeński wiedząc, że za plecami ma się tak wielu ludzi dobrze nam życzących, ludzi z pod znaku CrossFit Białystok. Dziękuję :*

Oskar Be – Człowiek który mało mówi, a dużo robi i ja #SzanujęTo

Bardzo się cieszę, że mogłem zacząć swoją przygodę z CrossFitem już od pierwszego oficjalnego treningu w murach CFB. Jak dziś pamiętam to uczucie, w którym po 2 pierwszych minutach kwestionujesz swoje jakiekolwiek „wysportowanie”, a kolejne godziny dochodzisz do siebie. Nie zapomnę ekipy z OPEN BOXA, przy której krok po kroku pokonywałem kolejne bariery ale też przeżywałem irytację nieudanych treningów. Każdy szedł do przodu. Pierwsze Wyzwanie i doświadczenie jak jeszcze mocniej można się popchnąć przy takiej energii i atmosferze tego wydarzenia. Jeszcze lepszego uczucia można doświadczyć wykonując później, po kilku miesiącach ten sam trening, gdzie wynik poprawiasz o kilka minut 😀

Ale najlepsi w tym wszystkim są ludzie. Nie sposób wszystkich wymienić. Wspaniali ludzie z którymi wspólnie walczyłem o pierwsze RXy. Epicka ekipa „zza ściany”, których forma motywowała do ciągłej pracy. Wszyscy Ci, z którymi brałem udział w różnych imprezach sportowych – Białystok Biega, Runmageddon Rekrut i Classic, Łódż Garage Games, The Baltics Throwdown w Rydze. Wszyscy Ci którzy popychali mnie do ciągłej pracy, gdy nie było progresu i poprawiali moje błędy. To był świetny czas. „Marczuk” na zawsze pozostanie w mojej pamięci 🙂 Do zobaczenia w BOXach 🙂

Tak więc jak sami widzicie nie tylko ja mam głowę pełną wrażeń czy zajebiście pozytywnych wspomnień. Dlatego taki obrazek jak ten poniższy nie powinien wywoływać pesymistycznych odczuć i wrażenia tego, że coś się kończy.

Nowa miejscówka która wystartuje już jutro, ma wszystko to, aby przejąć klimat starego miejsca i co ważniejsze dorzucić coś od siebie. Zresztą wpadajcie na mój fanpage albo tutaj na bloga po weekendzie, a sami się zobaczycie i się przekonacie 🙂