O wszystkim

Byle do przodu, byle do mety

dodany przezKamil Timoszuk 17 maja 2018 0 Komentarzy

Dlaczego ludzie z własnej i nieprzymuszonej woli biegają? Dlaczego bez żadnego racjonalnego powodu karzą się tą czynnością i jeszcze mają z tego radochę? Pewnie z bardzo podobnych pobudek z których ja jeżdżę na rowerze czy chodzę na CrossFit. Dlaczego natomiast ja biegam? Nie mam pojęcia.

Nie wierzę i nigdy nie wierzyłem w bajki pod tytułem „bieganie jest dla każdego”. Za dużo jest racjonalnych przesłanek na to aby obalić ten mit. Nie przeszkadza to jednak różnej maści guru w tym temacie nawoływać do tego, że każdy może być kolejnym Forestem Gumpem. Kolesiem lub laską, która tylko musi wstać z kanapy, odejść od komputera, założyć buty i zacząć napierać ile tylko sił w nogach. A to że nie jest na to gotowy, że kontuzje to tylko kwestia czasu, a różni fizjoterapeuci tylko na nich czekają, to już jest zupełnie inna bajka.

Ja z racji tego, że trenuję już kilka lat swój ulubiony CrossFit to z bieganiem niejako musiałem się zapoznać. Może nie pokochać czy nawet zaprzyjaźnić, ale na pewno zapoznać. Stało się to za sprawą tak prozaicznego powodu jak to, że bieganie zaczęło się pojawiać w treningach. Mniejsze lub większe dystanse, ale jednak było. Więc Kamil chcąc nie chcąc zaczął sobie powoli truchtać. Nigdy jednak nie czułem z powodu tej aktywności ani żadnej radości, ani tym bardziej satysfakcji. Bardziej traktowałem to jako punkt do odhaczenia na liście rzeczy do zrobienia w treningu. I od tych kilku lat w sumie moje podejście się niewiele zmieniło.

Tak się jednak złożyło, że trenując w swoim pierwszym w życiu „treningowym domu” czyli siłowni Atleta w Białymstoku, wśród osób trenujących powstał pomysł aby wystartować wspólnie w biegu miejskim na 5 kilometrów. Nie powiem żebym był pierwszy który się do tego wyrywał 🙂 Jednak co znaczy presja/motywacja grupy wie pewnie wielu z was. I choćbyś stwierdzenia w stylu „chodź, będzie fajnie” czy też pytania w stylu „z nami nie pobiegniesz?” nie wiadomo jak bardzo wypierał, to z tyłu głowy ziarenko niepewności połączonej z ciekawością zostało już zasiane. A że trafiło w moim przypadku na podatny grunt… I tak w sumie przeszło od słów do czynów czyli autentycznego przygotowania się do pierwszej w życiu oficjalnej piątki kilometrów. A później pozostało już tylko ten założony plan wykonać.

Jeśli ktoś chciałby poczytać jak widziałem to całe bieganie wtedy czyli kilka lat temu, niech kliknie sobie w TEN link.

Po tym debiucie były jeszcze dokładnie dwa inne starty, także na takim samym dystansie. Nigdy nie czułem potrzeby na więcej w tym temacie. Może dlatego, że wiedziałem dobrze, że biegacza ze mnie nigdy nie będzie. A żeby przygotować się na na przykład takie 10 kilometrów czy o półmaratonie nie wspominając, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu. Czasu, który przyznaję się bez bicia wolę przeznaczyć na coś innego. Na pewno na coś co mi sprawia więcej przyjemności lub daje więcej satysfakcji.

Tak się jednak złożyło, że na początku tego roku, po około dwóch latach przerwy, znowu przyszedł mi do głowy pomysł, że może by spróbować znowu się zmierzyć ze swoją słabością? Stało się to za sprawą trzech rzeczy – przypadku, motywacji oraz ludzi. Pierwszy i trzeci czynnik tym razem miały ze sobą całkiem sporo wspólnego. Wszystko dlatego, że któregoś dnia leżąc i udając, że się rozciągam po treningu w boxie ( 😉 ) wdałem się w dyskusję z niejaką Katarzyną, która zaczęła coś przebąkiwać o chęci takiego startu i zaliczenia swojego debiutu. Mi natomiast nie trzeba było wiele aby się w to wkręcić. Szczególnie na początku tego roku, kiedy miałem i na szczęście nadal mam, duże parcie na zmiany w swoim życiu, a właściwie na to, aby powrócić na dobre tory jeśli chodzi o ruch, jedzenie i tak dalej. Dlatego też nie wiem nawet czy nie tego samego dnia po prostu się zapisałem. Bez kombinowania czy szukania jakichś wymówek – tak jest moim zdaniem najlepiej. Zawsze jest łatwiej działać jeśli człowiek samodzielnie postawi się przed faktem dokonanym.

Co innego jednak jest coś takiego wymyślić, a co innego wykonać. Ciekawe było też to, że kilka osób, które dowiedziały się że biegnę, też postanowiły dołączyć. Nie widzę w tym swojej dużej zasługi, ale z drugiej strony fajnie było wiedzieć, że nie będę cierpiał sam 🙂 A to, że będę cierpiał było prawie pewne. Wtedy jeszcze jednak nie wiedziałem, że znacznie ciężej będzie mi przed samym biegiem aniżeli podczas niego czy nawet po. Wszystko w sumie wskazywało, że będzie odwrotnie. Dlaczego? Głównie dlatego, że może ktoś napisać, że to głupie, ale tym razem kompletnie się do tego biegu nie przygotowywałem. Nie licząc rozpisanego biegania podczas treningów w boxie, plus od czasu do czasu przetruchtania 500-800 metrów po WODzie w ramach cool down. Było to też o tyle niewygodne czy nawet irytujące, że nie wiedziałem do końca za bardzo tego, na co mnie tak naprawdę stać z tym bieganiem. Nie wiedziałem jakim tempem mam biec żeby z jednej strony dać z siebie jak najwięcej, a z drugiej nie umrzeć na przykład na kilometr przed metą. Tym razem była to praktycznie niewiadoma.

Odpowiedź przyszła jednak tak samo szybko co i niespodziewanie. A to wszystko dzięki jakiemuś dziwnemu zatruciu (pokarmowemu?) dzień przed biegiem. Te jak to ma przeważnie w zwyczaju, przyszło tak samo niespodziewane co i nieproszone. Oszczędzę może wszystkim opisu jak się ono objawiało ale wspomnę tylko, że do jakiejś godziny 4-5 nad ranem w niedzielę, byłem dość częstym gościem w ubikacji. Moje zadowolenie w chwili kiedy po 7 zadzwonił budzik, było wręcz nie do opisania 😀 Jednak skoro sobie obiecałem, że pobiegnę to wiedziałem, że zdecydowanie gorzej będę się czuł niż po nieprzespanej nocy, gdybym się z tego łóżka nie zwlókł i nie pobiegł. Czy to było rozsądne? Nie wiem, ale zrobiłem już tyle mniej mądrych rzeczy w życiu, że ta jedna raczej niewiele zmienia.

Strefa startu przed białostockim Pałacem Branickim wyglądała powiedzmy, że dość standardowo. O ile może to napisać, ktoś kto widział takie miejsca 4 razy w życiu 😉 Namiot  z depozytem oraz stoiska różnych firm partnerskich tego biegu był to centralny punkt wydarzenia. Najfajniejszą z ofert miał autobus Green Velo w którym był wyświetlany film w formacie 5D ukazujący najfajniejsze miejsca na jednym z popularniejszych ostatnio szlaków rowerowych w Polsce. Ale dobra, do rzeczy! Sam bieg pomimo tego, że wystartował o 9 rano, to rozgrywał się w dość niesprzyjających warunkach. Ciepło oraz słońce na pewno nie było sprzymierzeńcem wielu osób. Mi jednak o dziwo biegło się dobrze, a chwilami nawet bardzo dobrze. Jak się okazało na mecie, dość wolno, ale jednak bez żadnych przestojów. Trasa na szczęście przebiegała w takich miejscach, gdzie w wielu z nich można było się choć na chwilę schować w cieniu drzew czy budynków. Jedyny zgrzyt lub też jak kto woli typowy majndfak przeżyłem w momencie, kiedy moja wizja trasy do przebiegnięcia jaką z jakiegoś powodu miałem w głowie nie pokryła się z rzeczywistością. „Ej, tu miał być zakręt w stronę mety! Dlaczego u cholery biegniemy jeszcze prosto?!” – tak to mniej więcej wyglądało z mojej perspektywy 😉 Na szczęście tej nadłożonej drogi nie było aż tak wiele, żeby z tego powodu jakoś specjalnie cierpieć. Nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy to aby się zatrzymać czy podejść kawałek, a to tego dnia i w zaistniałych okolicznościach było coś. Ba, nawet finisz udało mi się lekko zasprintować i wyprzedzić kilka osób przede mną 😉

Mój oficjalny czas z tej piątki to 30:44 czyli jak dla mnie słabo. Tym bardziej, że widzę w swoich statystykach, że czas z ostatniego biegu sprzed dwóch lat był ponad 2 minuty lepszy. Pocieszająca za to z lekka jest inna statystyka. Mianowicie po 1 kilometrze biegu byłem na 741 miejscu w kategorii Open, a na mecie zameldowałem się jako 614. Wychodzi więc na to, że udało mi się wyprzedzić na trasie ponad 120 osób. Zawsze to coś 🙂 Poza tym byłem mocno zdziwiony tym, że po przekroczeniu linii mety nie czułem jakoś specjalnie zmęczenia. To jak się później okazało dotarło do mnie w poniedziałek na treningu, kiedy trzeba było robić thrustery w dziwnych ilościach 😉

Po zakończonym biegu widziałem biegnących przez miasto półmaratończyków, którzy walczyli z tym dystansem dzielnie. Jednak zwycięzca mógł być tylko jeden i tym razem okazał się nim Hillary Kiptum Maiyo Kimaiyo z czasem godziny i 5 minut, co jest rekordem białostockiej imprezy. Widać było jednak gołym okiem, że to nie jest pierwszy lepszy zawodnik a maszyna, której na pewno warunki pogodowe nie przeszkadzały tak jak reszcie stawki.


Tak więc jedno z moim prywatnych wyzwań na ten rok jest odhaczone. Czy warto było? W sumie tak, bo zrobiłem coś co nie do końca lubię, a więc wymagało to ode mnie przede wszystkim zmobilizowania głowy. Jeśli ktoś się zastanawia czy wziąć w czymś takim udział, to moja opinia jest taka, że jak najbardziej! 5 kilometrów to nie jest dystans który człowieka zniszczy, bo w najgorszym wypadku kiedy ktoś opadnie z sił do biegania można ten dystans przejść. Jednak dla zobaczenia takiej imprezy od środka i poczucia tej adrenaliny przed startem warto. Zobaczenie tych wszystkich ludzi na trasie, którzy bezinteresownie ci kibicują i trzymają za ciebie kciuki, to jest coś czego jest fajnie doświadczyć. I nawet jeśli twój pierwszy bieg będzie jednocześnie twoim drugim startem – pierwszym i ostatnim – to nie sądzę, że będziesz tego realnie żałować. Ja zaś w przypływie tych biegowych emocji, spontanicznie rzuciłem już sobie nowe wyzwanie. Tym wyzwaniem jest odbywająca się za 3 tygodnie sztafeta Ekiden, a ja porywam się w niej na odcinek ponad 7 kilometrów. Dystans, którego jednorazowo jeszcze nigdy nie pokonałem. Ale kiedy mam to zrobić jak nie w szczytnym celu i z fajnymi ludźmi obok? 😉