fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Bydgoskie starcia maszyn

dodany przezKamil Timoszuk 7 marca 2017 0 Komentarzy

Odkrywanie, poznawanie i doświadczanie jest fajne. Jednak przy większej dawce pojawia się w związku z nim pewien problem. Tym problemem jest coraz częstsze i coraz silniejsze poczucie znużenia, lub też jak kto woli brak „efektu WOW”.

Kiedy człowiek zaczyna się interesować jakimś tematem, to każda nowo poznana rzecz w tym kierunku jest dla niego interesująca. Człowiek w takich chwilach potrafi zamienić się w gąbkę, która chłonie wszystko i w każdej ilości, aby tylko zaspokoić swoją ciekawość. Jedną z takich niewątpliwie mocno uzależniających substancji jest CrossFit. Szczególnie na początku, kiedy pojawia się on w życiu wielu ludzi i potrafi jednocześnie zdominować wiele jego aspektów. Po jakimś też czasie u części osób ten stan mija, a u niektórych się utrzymuje, lub nawet jeszcze potęguje. Wiele osób z tej drugiej kategorii można zobaczyć na przykład na crossfitowych imprezach.

Ja sam nie da się ukryć, należę do tej drugiej grupy ludzi, którzy z CrossFitu poniekąd stworzyli swój sposób na życie. Sposób który być może dla niektórych wydaje się dziwny, lub po prostu nie do przyjęcia, ale ja wychodzę z założenia że to mi się to ma podobać, a nie komuś innemu. Jeśli nie robię tym nikomu krzywdy, to tym bardziej nie widzę problemu. Dlatego też od kilku już praktycznie lat, jestem stałym bywalcem wielu polskich imprez crossfitowych. Zarówno tych największych, gdzie zjeżdża się cała polska czołówka zawodników i nie tylko, jak i też takich, o których niektórzy dowiadują się ode mnie dopiero w chwili czytania o nich na moim blogu 🙂 Niestety co jakiś czas łapię się na tym, że miewam poczucie dnia świstaka. Co to dla mnie oznacza? Głównie to, że co weekend jest kolejna podróż, kolejne miasto, kolejny event, kolejna rywalizacja, kolejny powrót i kolejna praca nad zebranym na takich zawodach materiałem. I oczywiście ktoś może zaraz napisać, że w dupie mi się poprzewracało, skoro tak piszę. Jednak ja wychodzę za założenia, że skoro poświęcam swój czas, kasę i energię, to fajnie by było, jakbym miał z tego choćby satysfakcję 🙂 A gdy widzę jak niektórzy organizatorzy takich eventów, wręcz olewają osoby, które do nich przyjechały, to z jednej strony nóż mi się w kieszeni otwiera, a z drugiej nic dziwnego, że czasami powstają takie teksty, a nie inne 😉

Pomimo tego, że na swoim koncie takich wyjazdów mam już dobrze ponad 50, to wbrew obiegowej opinii nie byłem jeszcze wszędzie i nie widziałem wszystkiego 🙂 Jednym z takich wydarzeń do minionego weekendu były bydgoskie, kultowe zawody Battle Of The Machines. To właśnie w tę sobotę odbyła się ich 10 już, zimowa edycja. Jako, że ta impreza jest jedną z najstarszych w tym kraju, to ciężko było o niej nie usłyszeć wcześniej. Zawsze jednak coś stawało na drodze aby tam dotrzeć. A to inna, teoretycznie ważniejsza impreza kolidowała z tym terminem, a to nie było czasu, a to jeszcze inne obowiązki to uniemożliwiało. Tym razem jednak, oprócz tego, że odbywała się kolejna edycja BOTM, to do tego dochodziły jeszcze 4 urodziny CB163 czyli boxa, którym rządzą państwo Szubscy. Największą wisienką na torcie tego wszystkiego było zaś to, że kogo nie pytałem o wcześniejsze edycje BOTM, to każdy mówił praktycznie to samo – „super impreza!”, „specyficzny ale zajebisty klimat”, „musisz pojechać, nie pożałujesz!” czy też „wstyd, że jeszcze nie byłeś” 😉 Tak więc z takimi argumentami nie było co dyskutować. Trzeba było po prostu jechać.

I tak sobie założyłem, że zamiast jechać na wariata w nocy z piątku na sobotę, to pojadę w piątek i przy okazji wpadnę na trening do CrossFit Bydgoszcz. Plan udał się na tyle dobrze, że podróż do Bydgoszczy obyła się bez przygód i dzięki temu w bydgoskim boxie spędziłem prawie 5 godzin. Efektem tej wizyty był na przykład ból łydek, który minął mi dopiero w poniedziałek 🙂 Ale o tym napiszę w odrębnym tekście. Faktem jest jednak to, że Battle Of The Machine pod wieloma względami są to zawody wyjątkowe. Można by zacząć od tego, że wbrew panującym w crossfitowym światku trendom, nie ma do nich żadnych eliminacji. Miejsca w kategoriach Księżniczek, Ogrów oraz Expendables rozdawane są na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. W połączeniu tego z wypracowaną przez lata renomą, daje to efekt, że miejsca na listach startowych rozchodzą się jak ciepłe bułki. Później zaś trwa budowanie napięcia przez organizatorów, poprzez wrzucanie kolejnych podpowiedzi czego można się spodziewać na danej edycji. A spodziewać się można tak naprawdę wszystkiego. Sebastian Szubski czyli niezwykle pozytywny wielkolud, udowodnił już nie raz, że Battle Of The Machines to nie są zawody łatwe. Być może to między innymi dlatego ludzie tak bardzo je sobie cenią.

Nie da się tez ukryć, że box CB163 położony jest w idealnym wręcz miejscu do fundowania zawodnikom różnych niespodziewanych atrakcji. Otóż w niewielkiej bliskości boxa mieści się kompleks Zawiszy Bydgoszcz ze stadionem lekkoatletycznym na czele. Z drugiej zaś strony są tereny leśne, tory kolejowe, most i kilka innych atrakcji aby udanie uprzykrzyć życie uczestnikom kolejnych edycji BOTM 🙂 A to wszystko za sprawą słynnego już WOD-a zerowego. Jest to workout, który przypomina w pewnej mierze biegi terenowe typu Runmageddon czy tym podobne. Jak obiecał sam Sebastian, podczas tego workoutu zawodnicy muszą być gotowi na wszystko. Wszystko dlatego, że pewnego pięknego dnia, może pojawić się kiedyś także pływanie. Tak pomiędzy 11 a 20 edycją, ale na pewno się pojawi 😉 W tym roku z jednej strony tego oszczędził, ale za to dał wodę w innej formie. W formie dużych baniaków wypełnionych właśnie cieczą, które trzeba było nosić na różnych dystansach w zależności od kategorii.

"Bieganie" w wersji BOTM wygląda tak 🙂 #NieMaLipy

Opublikowany przez KamilTimoszuk.pl Sobota, 4 marca 2017

Żeby było jeszcze ciekawiej, na samej odprawie zawodnicy nie dowiedzieli się wszystkiego. Jedna z kategorii dowiadywała się tuz przed zakończeniem pierwszej pętli z baniakiem na plecach, że rzeczony baniak trzeba ze sobą taszczyć jeszcze jedno kółko. Taki typowy bydgoski bonus od Seby 😉 Poza tym, Księżniczki nie musiały tych baniaków nosić aż tak daleko, za to miały do zrobienia niemal typowy spacer farmera z dwoma takimi kanistrami. Jeśli jednak liczyć, że każdy z nich ważył jakichś 30 kilogramów, to śmiało można było założyć, że wiele z Księżniczek ważyło mniej niż musiało przenieść. Najlepiej z tym niełatwym zadaniem poradziła sobie Natasza Duszkiewicz.

GALERIA ZDJĘĆ Z BATTLE OF THE MACHINES vol. 10

Trzeba w tym momencie wspomnieć o jeszcze jednym niespotykanym raczej rozwiązaniu. Mianowicie podczas rozgrywek BOTM wynikami wszystkich rozegranych workoutów są czasy. Te natomiast sukcesywnie się sumuje i to daje końcowy wynik poszczególnych zawodników. Dlatego też zawodnik, który wie, że na początkowym bieganiu nie wygra, to i tak musi dawać z siebie wszystko, aby cała stawka mu znacząco nie uciekła. Pierwszym workoutem odbywającym się już w środku CB163 było to połączenie ukochanego przez wszystkich AirBike’a, wall balli, snatchy kettlem oraz box jumpów. Zanim jednak o tym workoucie, to wydaje mi się, że słowo należy się wam o samym boxie. Miejscu z jednej strony tak specyficznym, a z drugiej niesamowicie przyjaznym. CB163 składa się bowiem z dwóch niezbyt dużej ilości sal, an ścianach których niemal dosłownie wyryta jest historia. Do na ścianach głównej areny zmagań na stałe są namalowane benchmarki, gdyby ktoś kiedyś nie miał pomysłu na swój własny trening 😉 Na potrzeby zawodów, pierwsza sala została zaadaptowana jako arena zmagań oraz „widownia”, a druga jako miejsce rozgrzewkowe, spoczynkowe i rozrywkowe 🙂 Zarówno w jednym jak i drugim pomieszczeniu, panował momentami dość duży ścisk wynikający z zagęszczenia ludzi. W takich chwilach tym bardziej nieprawdopodobne wydawały mi się opowieści o pierwszych edycjach BOTM, które były rozgrywane na jednej sali. To musiało być czyste szaleństwo. O bogatej historii tego miejsca świadczy swego rodzaju ołtarzyk z fotek w strefie chilloutu 🙂 Jednak ja osobiście lubię miejsca, które w taki sposób upamiętniają i dbają o swoją historię. CB163 ewidentnie zgromadziła przez te kilka lat wiele powodów do chwalenia się.

Nie duża ilość miejsca determinowała ilość osób jakie startują w kolejnych heatach, a przez to też ile trwają zawody. Te zaś trwały dobrych 14 godzin. Przez to też z jednej strony były one niezwykle męczące dla wszystkich, a z drugiej mijały dość sprawnie, bo nie było tam żadnych opóźnień. Jak widać lata doświadczeń organizatorów, oraz ogarniętej ekipy wspomagającej, nie poszły w pobliski las, tylko zaprocentowały idealnie. Do tego świetna mieszanka dwójki zmieniającej się pary DJ-ów, którzy ewidentnie czuli klimat imprezy oraz nawijającego do mikrofonu Jacoba Petersona, który na pewno musi być jakoś powiązany ze złotoustym Karolem Zdunkiem, dała kapitalny efekt! Jeszcze w temacie ilości miejsca, na początku dziwiło mnie trochę ustawienie boxów do wskoków przy ścianach. Oczyma wyobraźni miałem wizję, gdy ktoś ze zmęczenia zachacza stopą o skrzynię i leci głową prosto na ścianę… Na szczęście przez całe zawody ta wizja została tylko w mojej głowie i nic takiego się nie wydarzyło. Za to wydarzył się na przykład fakt, kiedy to Paweł Pietrzak dosiadł AirBike’a i w czasie 43 sekund wykręcił 41 kalorii. Ostatecznie wygrał też cały ten WOD z przewagą kilkudziesięciu sekund nad drugim Piotrem Zduniakiem i resztą stawki. Wśród Księżniczek najlepsza po raz kolejny okazała się Natasza Duszkiewicz.

Trzeci z workoutów, który miał zadecydować o tym kto awansuje dalej, miał chyba za zadanie sprawić, że każdy kto tego dnia przyjechał do Bydgoszczy, i zgodził się wziąć udział w tym szaleństwie, zapamięta je na długo. Otóż to wykonania były zmodyfikowane 3 benchmarki – Fran, Diane oraz DT. Żeby dodać wszystkiemu smaku, to dodatkowo każdy z nich był punktowany oddzielnie. Taka mieszanka sprawiła też, że zawodnicy naprawdę potrzebowali często wsparcia i tego, żeby ktoś na nich po prostu krzyknął i zmotywował. Z tego zadania natomiast wszystkie z ekip jakie dotarły na BOTM wywiązywały się świetnie. Co heat można było osobiście doświadczyć co to znaczy siła community. Momentami aż trzeba było wychodzić się wietrzyć, aby głowa nie pękła od tego hałasu, jaki w tak małym pomieszczeniu jak CB163, był dodatkowo potęgowany. Na szczęście pogoda przez cały dzień była niemal idealna, a więc to także miało swój niewątpliwy urok. Ciekawym faktem jest też to, że do Bydgoszczy przyjechały aż 3 niezależne od siebie ekipy z Litwy, które zarówno wystawiały swoich zawodników jak i po prostu ich wspierały. Dzięki temu można śmiało powiedzieć, że Battle Of The Machines to zawody międzynarodowe.

Jeśli ktoś chciałby być mocno upierdliwy i wytykać jakieś błędy lub niedociągnięcia organizatorom, to jednym z nich mogło być to, że co jakiś czas w boxie zaczynało brakować światła. Tak po prostu i kompletnie znienacka. Jak się jednak okazało, dzięki właśnie tej przypadłości, podczas BOTM vol. 10 wynikła sytuacja, która myślę, że zapisze się dużymi literami w i tak bogatej historii tej imprezy. Sytuacja, która dla mnie osobiście jest niemal symboliczna, bo przywołała trochę wspomnień z przed kilku już lat, kiedy to wszystko się w Polsce oraz moim życiu zaczynało. To właśnie wtedy, dla większości ludzi najważniejsza była ta pasja, ta chęć, ta energia wynikająca z samego CrossFitu. A w przypadku zawodów w Bydgoszczy paradoksalnie brak energii spowodował wyzwolenie się energii. Przede wszystkim w ludziach 😉

No ciary, po prostu ciary 🙂 Wszędzie 😉

Wtedy też, kiedy emocje wydawało się, że nie mogą być większe, Sebastian po rak kolejny odsłonił karty z finałowymi niespodziankami. Tam na każdego z 6 finalistów w poszczególnych kategoriach, czekał zestaw sztangi i drążka do zrobienia w maksymalnie 12 minut. Dokładnie możecie sobie to sprawdzić na Athletes Zone.

Jeśli komuś udało się wyrobić właśnie w tym czasie, to czekał na niego jeszcze ergometr. A dokładniej kilometr wiosłowania w dość niecodziennych warunkach. Dlaczego niecodziennych? Ponieważ nie każdemu organizatorowi przychodzi do głowy pomysł, aby wiosła podłączać do komputera. Po co? Po to aby z jednej strony zawodnicy wiedzieli jakie mają straty jeden do drugiego, a z drugiej aby kibice po raz kolejny także mieli z tego frajdę. Czy udało się wypełnić to założenie? Jak najbardziej! Klimat kapitalnej sportowej rywalizacji był na znakomitym poziomie do samego końca!

Zanim jednak tak się stało, to kibice, oraz jedna z zawodniczek przeżyła chwile grozy. Reprezentująca CrossFit Bydgoszcz Jola Wesołowska, podczas wykonywanie Toes To Bar, puściła się drążka i spadła niefortunnie pod leżące pod drążkiem talerze. Parę osób w tym momencie zostało postawionych na równe nogi, z ratownikami medycznymi, będącymi tuż obok na czele. Jola pomimo próśb, nie dała się zabrać z pola walki i po otrzepaniu się z magnezji, wróciła na drążek i dokończyła cały trening! Na samych wiosłach natomiast trwał polsko-litewski pojedynek, gdzie kibice z Litwy pojechali z dopingiem w typowym dla siebie stylu.

BOTM vol. 10 – Polska vs. Litwa

Co to był za weekend! W związku też z nim mam 3 wiadomości – wszystkie 3 dobre :)Pierwsza – Galeria zdjęć z BOTM – Battle Of The Machines będzie dziś wieczorem.Druga – Fotek tam będzie w okolicach 300 ;)Trzecia – Podrzucam póki co film z sobotniego finałowego workoutu w wykonaniu Księżniczek. Finału, który był wyjątkowy z przynajmniej dwóch względów. Z jednej strony forma jego rozgrywania i prezentowania wyników na ergometrach dla publiczności nie była raczej wcześniej praktykowana na polskich zawodach. Z drugiej zaś strony, w samej końcówce finał stał się nie tylko pojedynkiem pomiędzy zawodniczkami, ale także pomiędzy Polską a Litwą. I jest to kolejny niezbity dowód na to, że BOTM vol. 10 był świetny!

Opublikowany przez KamilTimoszuk.pl Niedziela, 5 marca 2017

W wyniku tej walki na najwyższym stopniu podium w kategorii Księżniczki stanęła Aleksandra Milewska, a tuż za nią uplasowały się Natasza Duszkiewicz oraz bohaterka Jola Wesołowska.

U panów także nie brakowało emocji, ale na szczęście już tych bardziej sportowych. W kategorii Open, można było odnieść wrażenie, że odbywa się One Man Show miejscowej gwiazdy Jakuba Zimeckiego czyli po prostu „Zimy” 🙂 Nikt chyba przez cały dzień rywalizacji nie dostał tylu braw i okrzyków zachwytu co właśnie on. Źli i zazdrośni ludzie powiadają, że to tylko zasługa jego kaloryfera na brzuchu 😉 Z drugiej jednak strony, nie powinno być w tym wszystkim nic dziwnego, bo człowiek szedł momentami jak rasowy przecinak. W wyniku tego sięgnął on po główną wygraną, a za swoimi plecami na podium pozostawił Marcela Adamskiego oraz Jacka Olbromskiego.

W kategorii „elitarnych Ogrów” Paweł Pietrzak, który przybył znad morza, obronił pierwsze miejsce przed litewskim najeźdźcą czyli Tadasem Gadziauskasem 😉 Na najniższym stopniu podium uplasował się Piotr Zduniak, któremu zabrakło zaledwie 6 sekund do wyprzedzenia rywala na pozycji numer dwa. W kategorii Expendables 35+ najlepsi okazali się Paweł Białęcki, Tomek Anyżewski oraz Paweł Flasza. W Expendables 45+ wystąpiło tylko dwóch zawodników – Pierwszy był Jacek Jeszke, a drugi reprezentant miejscowego CB163 Marek Piekarski.

W takim też momencie, kiedy wszyscy są już zmęczeni i wykończeni po całym dniu zmagań, większość zawodów się kończy. Jednak ta zasada zdecydowanie nie dotyczy Battle Of The Machines – Tu się dopiero zaczęło! 😉 Z jednej strony były to 4 urodziny boxa, a z drugiej po prostu after. I to nie byle jaki after, bo w tak zaistniałej sytuacji i takich okolicznościach przyrody, nie było mowy o skalowaniu 🙂 Dyskoteka, impreza, dobre jedzenie, pozytywni ludzie, jazdy rowerem po boxie, rozmowy do późnych godzin nocnych lub jak kto woli do wczesnoporannych. W międzyczasie też oficjalne otwarcie strefy outdor, gdzie punktem kulminacyjnym były pierwsze wchodzenia na linę i wykorzystywanie drążka – oczywiście pod hasłem „bez koszulki!”, za co słowa uznania należą się szczególnie Karolinie 😉 W międzyczasie jeszcze późnonocny kolejny workout z wykorzystaniem wioseł i nie tylko 🙂 Ale jak głosi hasło już na samym wejściu do boxa…

To co dzieje się w CB163, zostaje w CB163!

Takim właśnie oto sposobem miałem okazję zobaczyć na żywo i przeżyć jeden z fajniejszych eventów crossfitowych od dawna. Pomimo zmęczenia wszystkimi tymi wydarzeniami, byłem na tyle naładowany energią, że bladym świtem, prosto z afteru, pomaszerowałem z boxa na odpicowany na błysk dworzec PKP. Dlatego też moje „batle” zakończyły się w okolicach południa w niedzielę, tuż po przekroczeniu progu swojego domu. Faktem jest jednak to, że zarówno osobom które mnie namawiały, jak i sam sobie jestem po prostu wdzięczny za to, że udało mi się dotrzeć w końcu na BOTM. Bo taki kop pozytywnej energii i fajnych wrażeń, jaki można otrzymać właśnie tam, jest nie do przecenienia.

Dream Team w składzie Sebastian Szubski, Karolina Nowotka Szubska, Marcin Kasperski oraz ja ostatni na posterunku 😉

Tak samo zresztą jak to, że będąc tam, można było poczuć lub zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. To, że oprócz rywalizacji czysto sportowej, ważne jest czerpanie z tego wszystkiego po prostu przyjemności. Bo to właśnie BOTM pokazuje, że crossfitowe zawody nie muszą być koniecznie naj w jakiejkolwiek kategorii. Wystarczy że będą po prostu zajebiste.

Dlatego jeśli ktoś chce to przeżyć na własnej skórze, niech wypatruje już daty 11 edycji, która odbędzie się tego lata. Ja już teraz się tym jaram 😉