CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Box Trip Total – USA Trip vol. 2

dodany przezKamil Timoszuk 13 października 2017 0 Komentarzy

Lubię ludzi, którzy są głodni życia i nowych doświadczeń. Tacy ludzie są niemal gwarancją otwartej głowy, ciekawego podejścia do życia i wielu różnych opowieści. A jeśli do tego chcą oni tym wszystkim się jeszcze dzielić to po prostu szacun 😉

Jedną z takich znanych mi osób jest Marcin Synoradzki, którego pierwszą część opowieści o jego wyprawie do USA w celu zwiedzania boxów mogliście przeczytać parę dni temu pod TYM linkiem. Dziś natomiast lecimy z częścią drugą i ostatnią. Enjoy!

Z San Diego pojechałem autem do Las Vegas, gdzie zamierzałem zostać milionerem (albo trupem, bo kilka dni później była tam strzelanina). Po wygranych i przegranych w kasynach znalazłem blisko hotelu w Downtown box CrossFit Freestyle. Najpierw wpadłem umówić się na trening, żeby znowu nie trafić na zamknięte drzwi. Coach Cody Murdoch okazał się spoko gościem, pogadaliśmy trochę, pokazał mi box. To był  jeden z mniejszych boxów, ale bardzo klimatyczny. Dwa pomieszczenia, w jednym znajdował się także sprzęt do trenowania boksu/kick boxingu/MMA. Nie zdziwiłbym się, gdyby Cody walczył, bo kawał dziada z niego. Byłem tam dwa razy na treningu, zebrali się ludzie z całego świata. Australia (mega gościu, poziom zawodniczy), Ameryka Południowa, Europa – fajna globalna atmosfera i wspólne zapierdalanie w temperaturze bliskiej 40 stopni Celsjusza. Pakiet drop-in na dwa treningi + koszulka kosztował tylko 40 USD, tak więc pod względem finansowym było to najlepsze miejsce podczas całego pobytu w Stanach.

Po 5 dniach wśród kolorowych lampek i neonów poleciałem samolotem do stolicy Texasu, czyli Dallas. A tam najważniejsza rzecz oprócz rodeo, Gas Monkey i miejsca zabójstwa JFK – CrossFit Torva. Trener JJ tak jak ja kocha grać w piłkę i od razu złapaliśmy dobry kontakt. Wpadłem tam dwa razy, a w sobotę trafiłem na 2 urodziny boxu i z tej okazji po treningu odbyła się bitwa na pistolety i bomby wodne. Przynajmniej nie musiałem się kąpać po zajęciach (choć to był jedyny box z prysznicami, o czym później). Box mieścił się w jednym bardzo dużym, przestrzennym pomieszczeniu, był wyposażony we wszystko co konieczne, atmosfera także świetna (jak praktycznie na każdym boxie, który wizytowałem). Tu także byłem dwa razy, drop-in 15 USD za pojedyncze wejście, podarowałem JJ koszulkę mojego boxu, w rewanżu otrzymałem za free t-shirt CF Torva. I mieli bardzo fajne sztangi Rogue Weightlifting Torva z oryginalną grawerką swojego boxu. Naprawdę fajne miejsce i na pewno jeszcze je odwiedzę, bo zamierzam wrócić do Texasu za jakiś czas.

Z tegoż Texasu przemieściłem się do San Francisco (prawie 4h lotu, u nas przelecisz całą Europę), a tam obok Golden Gate drugi istotny punkt turystyczny – CrossFit Oakland Uptown. Tutaj wejście miałem za free jako nowicjusz. Koszulki niestety nie udało mi się kupić, gdyż zaraz po skończonym treningu pani coach Robyn Alazraqui miała zajęcia personalne i nie chciałem jej przeszkadzać. Zamierzałem wpaść tam na drugi dzień, jednak dowiedziałem się iż zajęcia poranne są odwołane. Box nieduży, ale dobrze wyposażony z klatką stojącą pośrodku. A sama Robyn kilka lat temu porzuciła świat korporacji i zajęła się CrossFitem, startując w Regionals w kategorii Masters Women. Tak więc jak po raz kolejny widać, nigdy nie jest za późno na zmierzenie się ze swoimi ograniczeniami i słabościami. Tu zostałem pochwalony za dobrze wykonany WOD w RX z 22 strict ring muscle ups (co prawda pojedyncze, ale zrobione w Time Cap).

Z „Cisco” ruszyłem do Yosemite National Park (ciekawostka: w czasie kilku godzin drogi temperatura spadła z prawie +30 na minusową, wysokość prawie 4.000 metrów n.p.m). Nocowałem w Mammoth Mountains, ale do najbliższego boxu miałem prawie 100 mil przez góry, tak więc sobie odpuściłem trening CF, a że za nartami nie przepadam, to ruszyłem z powrotem do Los Angeles. Tam znalazłem box CrossFit Aviator tuż przy lotnisku, gdzie miałem hotel. Zaliczyłem treningi pod okiem ogromnego Jacquesa Braziela, który jest head coachem tej miejscówki. Drop-in 20 USD, koszulka także 20 USD, tak więc wszystko w normie. WOD 1 mila + 3 rundy po 30 pull ups + 500 m wiosło. Tutaj jeden losangelescaliforniowiec chciał mnie zmęczyć na mili, narzucił naprawdę szybkie tempo. Pulsometr, zegarek, kable, opaska na czole – pełna profeska. Po nogach widać, że biega wszędzie – od kibla aż po sklep monopolowy. Zapierdalał jak na olimpiadzie, praktycznie sprint i jeszcze na koniec podkręcił tempo. Ale tak jak pisałem wcześniej – gram (a raczej kopię się) w piłeczkę, to biegać trochę umiem. Patrzę, chude ramiona – to zjem go na drążku, jak nie ucieknie mi za bardzo. Z językiem jak krawat wpadłem równo z nim do boxu, a tam umarł w zwisie, kiedy ja zrobiłem 30 pull ups z jedną krótką przerwą, a potem na wiośle odjechałem już mu na dobre. Dobry trening, zmotywował mnie do ostrego wysiłku. Aż mnie ten wielkolud Jacques pochwalił. Jak mnie klepnął, to mnie nieźle zabujało, bo łapę miał jak ja głowę. Szkoda, że to był mój ostatni trening, bo wszystkie sesje były bardzo fajne, WOD-y ciekawe, a ludzie i trenerzy bardzo pomocni i przyjaźni. To była naprawdę super przygoda crossfitowa.

Generalnie boxy w USA charakteryzują się przede wszystkim brakiem pryszniców i przebieralni. Być może w innych częściach tego ogromnego kraju jest inaczej, ja przebywałem w ciepłych zakątkach (Floryda, Kalifornia, Nevada, Texas) i tutaj praktycznie wszyscy przychodzili przebrani na trening. U nas Sanepid zamknąłby te budy bez wahania, tam nikomu nie przeszkadzał brak natrysków czy też osobnego miejsca do przebrania się. Wystarcza duży zlew w kącie i wszyscy są happy. Poziom treningów (oczywiście oprócz „competitors’ class” na Invictus) jest mocno średni, powiedziałbym nawet niski. Nie w znaczeniu prowadzenia zajęć przez coachów (bo tu jest naprawdę konkretnie, level ultrahigh), tylko ludzi, którzy trenują. 3/4 osób traktuje CrossFit bez jakiejkolwiek napinki, jako element aktywnego trybu życia, czego u nas synonimem są dłuższe spacery czy truchtanie/bieganie. Mało kto zapisuje wyniki na tablicach, większość trenuje wyłącznie dla siebie nie starając się zbytnio rywalizować.

Wiele osób jest w wieku 50+, a nawet 60+ i oni mają treningi mocno skalowane, co oczywiście nie przeszkadza im w dobrej zabawie. Ludzie cieszą się tym CrossFitem, tak jak u nas spacerami z kijkami. Kolejną sprawą jest dostępność. Boxów CF jest jak grzybów po deszczu. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż ZAWSZE znalazłem box w odległości maksymalnie 1 mili od mojego hotelu, gdziekolwiek byłem. A w promieniu kilku mil zaraz dostępnych było kilka następnych, do wyboru do koloru. Jest tego pełno, tak jak kiedyś w Polsce spożywczaków, które były na każdym rogu. Z kolei klubów fitness znalazłem niewiele, a jak już to były ogromne molochy, fabryki z setkami maszyn i książkami z tysiącami stron ich obsługi. Proporcje mniej więcej 5:1 na korzyść CrossFitu – tam ludzie wiedzą, co jest dobre 🙂

Ja się cieszę, że miałem okazję poznać ciekawych ludzi, takich jak ja pasjonatów CF. Z kilkoma trenerami mam stały kontakt przez Facebook lub mail i rozmawiamy sobie o codziennych boxowych problemach, jak zachęcać ludzi do sprawdzenia się w CrossFicie, wymiana pomysłów, idei itp, itd. Ze swojej strony gorąco zachęcam do odwiedzin boxów gdziekolwiek jesteście podczas urlopów, wyjazdów wakacyjnych, gdyż świat CF jest bardzo otwarty na nowe znajomości. Jedną z takich miejscówek może być mój CrossFit Falanga Chojnice, czy też miejscówka, ktora niebawem rozpocznie swoje działanie – Falanga Starogard. Serdecznie zapraszam!

Marcin „M7” Synoradzki