CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Box Trip Total – USA Trip vol. 1

dodany przezKamil Timoszuk 9 października 2017 0 Komentarzy

„Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.” tak mówi jedno z popularnych haseł motywacyjnych. Są jednak ludzie, którzy potrafią je wziąć bardzo poważnie i po prostu zacząć działać. Dziś przeczytacie opowieść człowieka, który ostatnio tak właśnie zrobił.

Marcin Synoradzki dla niektórych z was, którzy śledzą tego bloga już od jakiegoś czasu, nie będzie postacią anonimową. Bo to ten człowiek już jakiś czas temu zadebiutował na łamach tego bloga swoim tekstem o wyprawie na odległą Dominikanę, gdzie miał okazję sprawdzić jak wygląda CrossFit w tamtym zakątku świata. Tym razem Marcina wyniosło tam gdzie to całe zamieszanie się zaczęło czyli JuŁeSej zwane Stanami Zjednoczonymi. A że Marcin nie lubi siedzieć w miejscu, to udało mu się odwiedzić kilka ciekawych miejsc, z których wrażenia przeczytacie poniżej. Jako, że tych wszytskich boxów jest aż 6, to postanowiłem, że materiał podzielę na dwie części, a dziś zapraszam do zapoznania się z pierwszą! Zatem oddaję głos Marcinowi.

Kilka słów na początek, jestem managerem na CrossFit Chojnice – „Falanga” i od 1,5 roku wraz z coachami Doktorem Chanem i Osminem prowadzę box w naszym mieście, w którym zachęcamy ludzi to aktywnego spędzania czasu i dbania o swoją sprawność. Nasz box nie jest zbyt duży (170 m2), ale goszcząc crossfiterów z różnych zakątków Polski, spotykamy się z bardzo pozytywnymi opiniami. Między innymi dlatego zachęcam do odwiedzenia naszej strony internetowej, fanpage’a czy Instagrama.

Ja sam osobiście jestem 45-letnim crossfiterem amatorem, który od 2,5 roku bawi się w ten sport. Jestem wielkim pasjonatem CrossFitu i piłki nożnej we wszystkich odmianach – futbol, futsal, beach soccer. Gram amatorsko w Serie A na trawie, ligach halowych i Mistrzostwach Polski na piasku. Moją trzecią pasją są podróże. A jak podróże, to zawsze w pierwszej kolejności Wujek Google i sprawdzenie, gdzie mieści się najbliższy box. Wcześniej u Kamila wrzuciłem recenzję z boxu w Punta Cana na Dominikanie, a także odwiedziłem także boxy w Miami: Reebok CrossFit Miami Beach i Live Free CrossFit, w Rzymie FireStorm oraz na Saint Maarten SXM Axylum, który niestety uległ zniszczeniu, którego dokonał huragan Irma.

No dobra, po tym hagiograficznym wstępie do rzeczy – od kilku lat miałem zaplanowany American Trip, gdzie za jednym zamachem chciałem zwiedzić większy kawałek tego fascynującego kraju. Najlepszą okazją do zrealizowania moich planów był ślub, który miałem w lipcu bieżącego roku. Mojej żony nie musiałem długo namawiać na USA, gdyż to ona zaraziła mnie pasją do podróży i tak od 5 lat zwiedzamy razem kulę ziemską.

W moim „felietonie” będę się starać nie opisywać poszczególnych WOD-ów w odwiedzanych boxach, bo to raczej nudne jest. Napiszę tylko, iż charakterystyczną cechą było bieganie, które niemal wszędzie było obecne. Na rozgrzewkach to obowiązkowe, i bardzo często figurowało jako element treningu właściwego.

Na początku września ruszyliśmy do Los Angeles, a tam pierwszy box – Nela CrossFit Eagle Rock. Moja żona ma na imię Kornelia, czyli „Nela” – tak więc nie mogłem ominąć tego miejsca. Ruszyłem tam na 6.00 rano, ale z powodu problemu z parkowaniem (jak niemal wszędzie w USA wszystko zajęte, a jak wolne to płatne) spóźniłem się na trening i musiałem poczekać na następny. Spotkałem się z miłym przyjęciem ze strony coacha Krista Kelly, kilku ćwiczących także podeszło do mnie i się przywitało wypytując skąd przyjechałem. W USA funkcjonuje pojęcie „drop in”, czyli pojedynczego wejścia, za które zapłaciłem 20 USD, kupiłem też pamiątkową koszulkę (kolekcjonuję namiętnie) za 25 USD.

Co ciekawe, Krista kilka dni później ruszyła w podobną trasę objazdową jak ja, tylko po Europie, wzajemnie sobie doradzaliśmy co warto zwiedzić w danych miejscach. Było fajnie, atmosfera „great” i „very friendly”. Box sprzętowo w normie, składał się z dwóch pomieszczeń – mniejszego z recepcją, małym rigem i półkami z dumbellami oraz większego z klatką pośrodku i obowiązkowym „Star Spangled Banner” czyli flagą USA.

Następnym ciekawym miejscem, choć nie związanym bezpośrednio z CrossFitem, była słynna miejscówka „Muscle Beach” w Santa Monica. Jest to miejsce, gdzie w 1934 roku narodził się współczesny bodybuilding. Obecnie to miejsce określane jest jako „original Muscle Beach”, gdyż w 1952 roku otwarto drugi punkt dwie mile dalej, w Venice. „Oryginalna” nadal istnieje, w formie szkółki gimnastycznej i akrobatycznej, są tam poręcze, liny oraz kółka gimnastyczne ustawione w długim rzędzie.

Nowa miejscówka, zwana po prostu „Muscle Beach” to siłownia umiejscowiona bezpośrednio na plaży. Obiekt w 1990 roku przeszedł gruntowną modernizację, podczas której zbudowano scenę z mini trybunami do pokazów bodybuildingu. Patronat nad tym miejscem objął słynny Joe Weider, a ćwiczył m.in. jeszcze  bardziej znany Arnold Scharzenegger. Tu też nakręcono słynny prank, kiedy ciężarowiec i crossfiter Kenneth Leverich ucharakteryzowany na „dziadka”, zrobił pokaz weightliftingu.

Legendarne miejsce, warte odwiedzenia.

Kolejnym przystankiem w Kalifornii było San Diego. Sprawdzam co jest najbliżej i… patrzę – CrossFit Invictus. Śledzącym światek Gamesów, nie trzeba chyba przedstawiać tego boxu, ponieważ to stąd pochodzi mistrzowska ekipa z 2014 roku. Wiadomo, absolutna czołówka drużynowa, a w 2017 roku szóste miejsce. Tak więc no cóż, skakanka w plecak i ruszamy. Jestem 5.50 na miejscu, a tu ciemno. 6.00 – nikogo. Co jest grane? Zamknięte na amen, nie popłacili rachunków i nieczynne do odwołania? Blisko był „Jack in the Box” (tania sieciówka z burgerami dla robotników i bezdomnych), tam złapałem WiFi i siedząc przed wejściem z menelami (bardzo uprzejmi,  jeden jechał z wózkiem pełnym gratów zagadując po kolei do wszystkich „good morning everybody, I wish you a pleasant friday”) sprawdziłem stronę – w ten dzień pierwszy trening był o 7.00. No cóż, poczekałem i idę ponownie. Powitał mnie duży napis – motto boxa:

Sam box jest ogromny, bo składają się na niego dwie wielkie hale, a w nich wszystko w ogromnych ilościach – ergometry, kurwibajki itp itd. Imponował także merchandising, w postaci ze stu pozycji do wyboru – od różnego rodzaju koszulek, po torby i inne rzeczy z logo Invictusa.

Na dzień dobry podszedł do mnie coach Hunter Britt, który w 2014 roku zdobył srebrny medal na CrossFit Games w drużynówce razem z ekipą CrossFit Conjugate Black. Stary znajomy, więc walę do niego: „No siema Hunter, pożyczysz mi swój medal do przypozowania?”. Niestety nie miał przy sobie. No dobra, fajnie trafiłem ale coach mówi, że o 7 to jest trening dla „competitors” czyli zawodników i czy chcę zostać. No kurwa, zawsze chciałem wystartować na gejmsach, więc jak potrenuję z najlepszymi to forma sama przyjdzie. A więc mówię „yes, ofcourse but for me scaled workouts please”. Wszystko świetnie idzie, warm up – ja tu paczę, że baby zaczynają rozgrzewkę clean and jerk od mojego PR (80 kg).

Trening trwał 100 minut, ćwiczyło około 30 zawodników, najpierw dwa WOD na skill zadaniowo, potem trzy następne (15 min time cap każdy) zaczynające się na 00:00, 15:00 i 30:00. Skills to C&J + ring muscle upsy unbroken (tu się zdecydowanie zakrztusiłem). Faceci walili po 140-150 kg nad głowę, ja najchętniej to bym sobie postał i poklaskał ale się wstydziłem. Coś tam porobiłem w pobliżu mojego PR, ale szczęka mi opadła i haczyłem o barbell. Dobra, czas na WOD-y, chyba nie będzie tak źle. No i nie było, wszyscy kończyli koło 6-7 minuty, ja po 14… Czyli 30 sekund oddechu i zasuwamy dalej. Ostatni WOD był z bieganiem, a ja całkiem dobrze biegam (grało się w tą piłkę całe życie), do tego na skalowaniu zaoszczędziłem trochę sił i ostatkiem sił wyprzedziłem jednego murzynka. Pewnie skubany miał kontuzję, bo skakał na jednej nodze.

Podsumowując – na 5 WOD-ów aż czterokrotnie zająłem wspaniałe 30 miejsce, a raz byłem 29. Niech żyją polscy crossfiterzy amatorzy mastersi, ze słabą mobilnością w stawach barkowych! Było to naprawdę ekscytujące wydarzenie, bo nie co dzień się ma okazję trenować z zawodnikami, których oglądało się w telewizji. W piłce raczej nie nadarza się okazja iść na trening Barcelony i pokopać z Messim… Obserwując z bliska te maszyny, człowiek jest pod ogromnym wrażeniem. Czystej siły, wzorowej techniki i przede wszystkim wytrzymałości. Oni praktycznie wszystko robili unbroken, na dodatek pomiędzy seriami to był jeden oddech i gaz na maxa. Oni się nie męczyli, po prostu nie znają tego pojęcia. Pozostały fajne wspólne foty, może ode mnie nauczyli się jak można jednocześnie dźwigać, klaskać i mlaskać z zachwytu. Drop-in 20 USD, zielona koszulka 30 USD, emocje – bezcenne.

Ciąg dalszy nastąpi…