Box Trip 2015CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Box Trip 2015 – Stomil CrossFit

dodany przezKamil Timoszuk 21 września 2017 3 komentarze

O ostatnim tekście w tematyce polskich crossfitowych boxów, który pojawił się tutaj na blogu można powiedzieć sporo. A już na pewno nie to, że przeszedł on bez echa. Jako, że jednak ja nie jestem zupa pomidorowa i nie ma potrzeby aby mnie wszyscy lubili, to dziś jedziemy do Grudziądza!

A po co jechać do Grudziądza można by zapytać? Nie wiem jak wy, ale ja kilka tygodni temu znalazłem przynajmniej dwa powody aby to właśnie zrobić. Jednym z powodów była druga edycja teamowych zawodów o nazwie Adrenaline Team Challenge organizowanych przez Grzegorza Jasińskiego. Grzegorza, którego większość osób zna jako jednego z czołowych zawodników kategorii Masters w tym kraju. Tak się jednak też składa, że na co dzień ów człowiek jest właścicielem boxa. Miejsca, które podczas mojej wizyty nazywało się CrossFit 86300, a niedawno przemianował się na Stomil CrossFit. Po co?

Cyfrę która była dotychczasowym członem nazwy nie jest trudno rozszyfrować. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę podobny klucz jaki zastosowało kilka boxów w Polsce. Jest to po prostu kod pocztowy, który dla zwykłego Kowalskiego czyli potencjalnego klienta nie mówi za wiele. Stąd nastąpiło po pewnym czasie poszukiwanie zmian, aby stać się bardziej charakterystycznym i bardziej rozpoznawalnym. Dlatego o czynnikach, które wpłynęły na taką zmianę sam Grzesiek mówi tak:

Nasz box mieści się w budynku starej fabryki Stomil. Każdy grudziądzanin wie gdzie był „Stomil” i ta nazwa jest dla nas bardziej wymowna, niż kod pocztowy 86300 którego nikt nie kuma 😉

Jak dla mnie jest to logiczne. Choć jak zobaczyłem nazwę Stomil CrossFit, to pierwszą myślą jaka przyszła mi do głowy była ta, czy aby ktoś się nie pokusił na robienie konkurencji dla Bronka w Olsztynie 🙂 Wszystko z racji tam istniejącego od wielu lat klubu piłkarskiego Stomilu Olsztyn. Jednak nie 😉

Tak więc jadąc na zawody Adrenaline Team Challenge, tak sobie ułożyłem plan aby przyjechać wcześniej i odwiedzić boxa. Szkoda tylko, że pogoda oraz Google miało kompletnie inne plany w tej sprawie. Pogoda bowiem była taka, że z racji padającego deszczu, nikt normalny nie wystawiał nosa poza swój dom jeśli nie musiał. Ja jednak nie dam rady?! 😉 Jak pomyślałem, tak poszedłem z hotelu do boxa, który nie wydawał się być daleko. Jednak nie znając terenu musiałem zdać się na Google Maps, które poprowadziło mnie tak, że w pewnym momencie zgłupiałem. Tak jak Grzesiek wspomniał, box mieści się w starych fabrykach Stomilu. I gdy wpisuje się adres boxa, to Google prowadzi was tak jakby na tyły tych wszystkich hal czy magazynów. A w połączeniu tego z deszczem i tworzącymi się na terenie fabryki kilkunastometrowymi kałużami zaczyna być wstępem do jakiegoś Survival Race, a nie drogą do boxa. Po obejściu wszystkiego dookoła, okazuje się jednak że sam box umiejscowiony jest przy głównej ulicy. Tylko Google widzi to inaczej czym zdrowo mnie wkurzył. Może jednak dzięki temu ktoś inny nie popełni tego błędu 🙂

Pierwszego pytania Grześka po wejściu do boxa „dlaczego tak zmokłem?” przez grzeczność nie skomentowałem 🙂 Potrzebowałem chwili aby wrócić do swojego podstawowego trybu działania 🙂 Nastąpiło to dokładnie w szatni, otwieranej tylko przy użyciu ich klubowej karty, co jest fajnym rozwiązaniem. W samym boxie można było przede wszystkim zauważyć ostateczne przygotowania do startujących w dniu kolejnym zawodów. Było to kompletowanie pakietów startowych, sprawdzanie sprzętu jaki został sprowadzony specjalnie na zawody i tym podobne. Na szczęście jednak, pomimo tego sam box pracował normalnie i można było w nim zrobić trening. A skoro już przeszedłem tą całą ścieżkę zdrowia, to czemu by nie skorzystać? Sam box składa się przede wszystkim z dwóch sal – większej treningowej i mniejszej na jakieś mobility czy tym podobne rzeczy. Na większej można było dostrzec sporo sprzętu z jakiego mogą korzystać klubowicze – 5 AirBike’ów, 5 wioseł czy około 30 sztang. Co ciekawe, tą większą salę zdarzyło mi się wcześniej już widzieć na jakichś zdjęciach, jednak wydawała mi się ona wtedy mniejsza. A tu się okazało, że jest ona wystarczająca nawet do biegania. Skąd to wiem? Bo kazali mi biegać 🙂

Piątkowe treningi w CrossFit 86300 / Stomil CrossFit to treningi teamowe. Treningi w grupach, które praktycznie zawsze wymagają od każdego więcej. Nawet jeśli wydaje mu się, że nie da rady lub po prostu nie chce. Kolega z jakim trenowałem nie był z tego powodu specjalnie zadowolony, ale o tym za chwilę. Sam trening poprowadził trener, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Ktoś by zapytał „jak mogłeś go znać, skoro pierwszy raz byłeś w tym mieście/boxie?”. Czasami jednak zdarza się tak, że niektórzy trenerzy potrafią gdzieś tam przewijać się w internecie – czy to za sprawą startów w zawodach, czy też jakiejś innej aktywności w sieci. Nie w tym przypadku jednak. Nie jest to jednak w żaden sposób zarzut w stronę Patryka Chojnackiego, o którym piszę.

Same zajęcia zostały przeprowadzone bowiem tak jak powinny w każdym dobrze prowadzonym miejscu. Rozgrzewka ogólna, rozciąganie pod elementy w treningu, krótki element siłowy, a na koniec długi piątkowy WOD. Tak jak wspomniałem wszystko rozpoczęło się od biegania, które w tym boxie jest praktycznie możliwe przez cały rok. Nie wiem czy system jest praktykowany kiedy na klasach jest więcej osób, ale przy takiej ilości kiedy ja byłem, dało to radę. Dbałość o techniczne szczegóły i nie zlewanie podopiecznych przez miejscowych trenerów, to jest coś na co mimowolnie już zwracam uwagę na to gdy jestem w „crossfitowych gościach”. Tutaj coś takiego nie miało miejsca i za to na pewno należy się duży plus. Z drugiej jednak strony trochę nie wyobrażam tego, aby ktoś tak doświadczony jak Grzegorz Jasiński, pozwolił sobie ze strony swoich pracowników, na taką powiedzmy wprost – popelinę.

Kiedy przyszło do workoutu głównego i trzeba było się dobrać w pary, poczekałem aż wszyscy się podobierają i że ktoś mnie może weźmie 😉 A jako że nikt z własnej woli nie chciał trenować z „łasym blogerem”, to w naturalny sposób zostaliśmy sparowani z ostatnim kolegą jaki też został bez partnera. Dla mnie spoko, dla kolegi chyba trochę mniej. Wszystko dlatego, że z jednej strony, nie wiadomo skąd, w głowie włączył mi się tryb „Nie po to przejechałem tyle kilometrów i zmokłem jak pies, żeby się teraz opierdzielać. Idziemy w trupa!”. Z drugiej jednak strony, czego na początku nie wiedziałem, kolega był mocno początkujący. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że trening był stosunkowo prosty – 3 Front Squats (60kg), 6 Burpees Over The Bar, 12 Kettlebell Swing (24kg), 20 rund w systemie ćwiczenie za ćwiczenie, a nie runda za rundę. Zestaw trzech rzeczy, które zdecydowanie lubię. Podejrzeń co do stopnia zaawansowania kolegi zacząłem nabierać w chwili, kiedy wziął sztangę 30-tkę i kettla 12-stkę. Jednak taki jest właśnie CrossFit – skalowalny.

Kiedy wszyscy usłyszeli magiczne „3, 2, 1, start!” nie było już odwrotu. Przy tak skonstruowanym workoucie wiadomo, że przez stosunkowo przez dość długi czas nie czuje się tego permanentnego zmęczenia. Ono przychodzi dopiero w połowie albo i później, kiedy jesteś już maksymalnie dogrzany i jesteś w stanie wykrzesać więcej. I mogę powiedzieć to nawet ja, czyli ktoś kto umówmy, że wielkim demonem szybkości nie jest. Jednak tego dnia miałem ochotę docisnąć się. Bardzo docisnąć. W pewnej chwili, gdy zobaczyłem, że mój partner opada szybciej z sił, postanowiłem go trochę zmotywować. Po którymś stwierdzeniu „dawaj, dasz radę!” zobaczyłem jednak na sobie wzrok, który mówić „człowieku, wyluzuj, litości”, a do tego spokojnie mógł zabijać 🙂 Wtedy zrozumiałem, że chyba zaczynam przeginać. W tym samym momencie do kolegi podszedł trener prowadzący klasę, oraz kręcący się w pobliżu Grzesiek, i zaczęli motywować człowieka w podobny sposób do mojego. Wtedy też ulżyło mi, bo wiedziałem, że jeśli ów trenujący będzie wściekły, to nie tylko na mnie 😉 Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, bo udało się skończyć trening. Mój partner zaś wydawał się być mocno zmęczony ale i zadowolony. U osób początkujących to chyba jest najważniejsze. Zaraz obok tego, żeby robili oni swoje treningi bezpiecznie.

Po tym jak zakończyły się oficjalne zajęcia została jeszcze chwila aby posiedzieć, odpocząć, pogadać z sympatycznymi ludźmi czy rozejrzeć się po boxie. W międzyczasie Grzegorz doszedł do wniosku, że po co mu fotograf z zewnątrz, skoro na zawody przyjechałem ja. Bardzo szanuję taki tok rozumowania 😉 Poza tym z racji tego, że ciekawi mnie często historia powstawania takich miejsc nie mogłem tego ominąć w rozmowie z Grześkiem

Można powiedzieć, że to przypadek oraz zbieg okoliczności. Czasami w życiu dostajemy kopa w tyłek i ten kopniak bardzo, ale to bardzo nas motywuje do działania. W moim przypadku właśnie tak było, dostałem kopa i powiedziałem sobie, że nie odpuszczę. Dzisiaj jak patrzę na to z perspektywy czasu wydaje mi się, że chyba powinienem podziękować za tego kopniaka bo nie był bym dzisiaj tutaj gdzie jestem. Znajomi wiedzą o czym myślę i dalszą cześć pozostawię bez rozwinięcia 🙂

Czy jednak stosunkowo mała miejscowość jaką jest Grudziądz, nie przerażała Grzegorza pod kątem otwierania takiego biznesu?

Tak! Były obawy, bo małe miasto bo sala wielka (box ma prawie 800m2), trzeba zarobić na czynsz opłaty i jeszcze pracować oprócz tego. Jak to zrobić jak ma się 40-50 osób w klubie??? Koszty i jeszcze raz koszty na sam początek. Box jednak nie miał zapewnić komfortu finansowego mi i mojej rodzinie, bo od ponad 10 lat prowadziłem z żoną własną firmę. Więc pierwszy rok to dokładnie do interesu jednak z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej. W grudniu 2014 ostatecznie pożegnaliśmy biznes budowlany, aby zająć się w 100% CrossFitem.

I chyba była to całkiem dobra decyzja jeśli zobaczymy, że w Stomil CrossFit pracuje 5 trenerów. Grzegorz i jego żona Bożena, Tomasz Kasprzyk, który jest w boxie od samego początku, Patryk Chojnacki oraz mistrz od podnoszenia ciężarów Mariusz Sułecki. Taki skład pozwala myśleć o tym aby prowadzić oprócz zwykłych zajęć, także klasy specjalistyczne. Oprócz standardowych klas Adept – beginersi oraz Competitors prowadzone są też zajęcia z Moblility oraz OLY. Istnieją też jednak plany, aby ten wachlarz powiększyć. Poza tym patrząc na to, że coraz więcej boxów stara się robić jeszcze coś ekstra w postaci szkoleń lub innych imprez, zapytałem też i o to Grześka.

Szkolenia staramy się organizować w miarę potrzeb naszych klubowiczów, nie kierujemy ich poza klub. Jest w Polsce dużo miejsc, które się w tym specjalizują. Pracujemy nad zawodami w klubie, tak aby Adrenalina miała od przyszłego roku minimum dwie edycje.

I pewnie wielu z was w tym momencie myśli sobie: „no tak, ładną laurkę wysmarowałeś dla tego boxa Timoszuk…”. Ja jednak nie widzę potrzeby aby pisać o jakimś boxie źle, bo tak wypada, albo dlatego, że się lepiej klika gdy wyleje się trochę jadu. Wolę pisać jak jest i na przykład zwracać uwagę na to, że dobry CrossFit potrafi też istnieć poza Warszawą, Wrocławiem czy też innym dużym miastem. Bo o dziwo trafia to do mnie ostatnio, że wielu ludzi z tychże właśnie ośrodków miejskich i nie tylko – potrafi sobie nie zdawać sprawy.

Tak więc według mnie Stomil CrossFit jest bardzo fajnym przykładem, że można i że czasem nawet warto zaryzykować. Oczywiście zawsze prowadzenie takiego miejsca w mniejszym mieście będzie pod wieloma względami utrudnione. Ale to nie oznacza w linii prostej, że niemożliwe. Ja, gdy tylko będę miał okazję, do Stomilu na pewno wrócę, bo wywiozłem stamtąd jako gość praktycznie same pozytywne wrażenia. A to nie jest pewnik zastany w każdym tego typu miejscu.

  • SzczepanSKi

    Generalnie mam wrażenie że poszło trochę wazeliny, gdybym wierzył w teorie spiskowe pewnie zastanawiałbym się czy aby wpis nie zaliczyć do tych ” zdziebełko ” sponsorowanych;) Taki żart oczywiście 😉 . Będąc w Grudziądzu zapewne zdążyłeś się zorientować, że nie jest to jedyny box crossowy w tym mieście. Z Twojej relacji z pobytu ktoś poszukujący informacji czy opinii może wywnioskować że 86300/ Stomil to jedyny słuszny wybór w tej kwestii. Pytanie zasadnicze dlaczego taka opinia ? Crossbox ( czyli ten drugi ) był przede wszystkim PIERWSZY w Grudziądzu. To dzięki temu boxowi Grudziądz dowiedział się dobrych parę lat temu co to trening funkcjonalny, crossfity WOD i amrapy. A różnice są tylko takie że nie ma afiliacji. A tworzą go ludzie z pasją doświadczeniem i przede wszystkim nie tylko dla kasy ( choć ten aspekt jest również ważny by coś prosperowało)

    • Twój komentarz dowodzi przede wszystkim dwóch rzeczy. Pierwsza to taka że na każdego zadowolonego czytelnika przypada jeden jakiś procent niezadowolonych. Druga rzecz jest taką, że nie ma to znaczenia czy wywoła to tekst pisany w negatywnym tonie (co jest zrozumiałe) czy też pozytywnym (co mnie czasami jeszcze dziwi).

      Jeśli śledzisz tego bloga to wiesz, że każdy tekst który jest pisany we współpracy z jakimkolwiek podmiotem zawiera stosowną informację o tym fakcie. Tak więc tutaj nie trafiłeś. A to że Grześka tak czysto po ludzku lubię tego się wypierać nie zamierzam, bo niby w imię czego? Aby kogoś zadowolić? Wyrosłem już z tego 🙂

      Tekst jak pewnie zauważyłeś traktuje o boxie Stomil CrossFit, a nie o „grudziądzkich boxach”. Nie oznacza to jednak że drugie z tych miejsc jest złe czy nawet gorsze od wspomnianego. Po prostu wychodzę z założenia, że skoro gdzieś nie byłem to o nich nie piszę bo nie mam o nich pojęcia.

      A tekst sugerujący to, że „pierwszy box jest jedyny słuszny i najbardziej prawilny”, a drugi jest „tylko dla kasy” jest w mojej opinii po prostu słabe 🙂

      • SzczepanSki

        A czy ja napisałem że jeden box traktuje tylko dla kasy a drugi nie ? Biznes to biznes, nie mnie to oceniać daleki jestem od wyrokowania kto komu za ile. Moje słowa były również podszyte lekką dozą sarkazmu co oczywiście podkreśliłem.
        Tak masz rację śledzę bloga zresztą sam mi o tym wspominałeś jak sie poznaliśmy na zawodach w łodzi x czasu temu.
        Generalnie mój post nie miał być jakimś negatywnym słowem :przeciwko”. Bardziej zainteresowało mnie to w jaki sposób zrelacjonowałeś Swój pobyt w mieście. a jako człowiek który „siedzi” w tym sporcie nie zainteresowałeś się jak to wygląda? To mnie torchę zaskoczyło, bo póki co masz zacięcie i zadatki na mega pro felietonistę, a ten pierwiastek ciekawości reporterskiej skoro już wybrałeś taki „oręż”
        Oczywiście bez urazy, daleki jestem od wylewania jadu, każdemu się nie dogodzi, odrobina obiektywizmu też nikogo nie zabije co nie ?