O wszystkim

Bezsenne koszykarskie noce

dodany przezKamil Timoszuk 28 października 2014 0 Komentarzy

CrossFit to sport, który stoi u mnie teraz na pierwszym miejscu pod wieloma względami. Jednak nie zmienia to faktu, że praktycznie wychowałem się na zupełnie innej dyscyplinie sportu, którą do dziś darzę swego rodzaju sentymentem. A w takie dni jak dziś mój zapał do jej śledzenia wzrasta kilkukrotnie, jak za dawnych lat. Bo któż może nie lubić takiego wydarzenia jak start sezonu NBA?

Największa, najbardziej medialna i nie ma co ukrywać, że najlepsza sportowo koszykarska liga świata, w nadchodzącą noc wystartuje już po raz 69. Nadchodzący sezon z racji wydarzeń jakie miały miejsce od zakończenia poprzednich rozgrywek, zapowiada się naprawdę ciekawie. Pomimo też tego, że mi fanatyczny zapał do śledzenia tej ligi przez ostatnie lata trochę jakby wyparował, tak na start tegorocznych zmagań czekam tak, jak już dawno nie czekałem. Składa się na to kilka różnych powodów, które postaram się streścić. Tak więc jeśli interesuje cię moje zdanie w temacie „dlaczego zarywać wiele nocy w najbliższych miesiącach?” to śmiało możesz czytać dalej. Jeśli zaś koszykówka to dla Ciebie czarna magia, to z dalszej części moich dzisiejszych wywodów dowiesz się, dlaczego zdarzy mi się w najbliższym czasie chodzić konkretnie nie wyspany.

NBA teams zespoły

Niestety taki jest urok śledzenia rozgrywek NBA w Europie, że musimy się zmagać w największym stopniu ze strefami czasowymi. Strefami, które powodują, że w większości przypadków mecze rozpoczynają się w godzinach (od 1 do 4 w nocy) w których większość ludzi śpi i przewraca się z boku na bok. Wyjątkiem są niedzielne spotkania, które często rozpoczynają się o normalnej dla Europejczyka wieczorowej porze. Między innymi też dlatego uważam, że znacznie łatwiej śledzi się tę ligę, jeśli ma się w niej kogoś kogo obserwuje się specjalnie uważnie. Jest to wtedy dodatkowa motywacja do zarywania często nocy, a następnie nie żałowania tego wczesnym rankiem. Może to być zarówno cały zespół, jak i też poszczególni gracze, którzy od dziwo nie zawsze muszą należeć do ligowej czołówki. Ja osobiście nigdy nie rozumiałem fascynacji poszczególnymi pojedynczymi graczami. W sporcie zespołowym coś takiego moim zdaniem jest pozbawione większego sensu, bo praktycznie żaden zawodnik bez wsparcia innych, nie jest w stanie do czegokolwiek dojść. Nawet jeśli ten gracz to LeBron James.

Ja na szczęście od wielu lat jestem stały w uczuciach jeśli chodzi o swoje ligowe fascynacje. Nie ma co jednak ukrywać, przez wiele lat była, a właściwie nadal jest, to miłość szorstka, trudna i nie dla każdego zrozumiała. Ja jednak nie zawsze ułatwiałem sam sobie życie i tak też jest w tym przypadku bo moim zespołem są Toronto Raptors. Przez wiele lat był to taki typowy koszykarski kwiatek z Kanady, przypięty do amerykańskiego ligowego kożucha. Na szczęście po wielu latach znoszenia upokorzeń, dostawania batów gdzie popadnie i bycia czasem wręcz pośmiewiskiem ligi, idą chyba lepsze czasy. Już koniec sezonu 2013-2014 pokazywał, że w tym zespole drzemie potencjał, o który wielu jeszcze niedawno by Dinozaury nie podejrzewało. Tymczasem w przerwie między sezonami, udało się zatrzymać w składzie najważniejszych zawodników, a do tego też dorzucić kilka innych elementów układanki, które za jakiś czas mogą fajnie współgrać z całością. Całością, która w przerwie wakacyjnej nie tylko odpoczywała i zbierała siły na nowe rozgrywki, ale także zbierała doświadczenie na rozgrywanych wtedy Mistrzostwach Świata. Mało brakowało a w składzie Raptors mielibyśmy zarówno złotego medalistę DeMara DeRozana, ale także i brązowego medalistę litewskiego wieżowca czyli Jonasa Valanciunasa. Niestety nasi wschodni sąsiedzi polegli w meczu o medal z najmniej wartościowego kruszcu. Jednak obaj zawodnicy na tych mistrzostwach prezentowali się bardzo dobrze i liczę na to, że zebrane doświadczenia zaprocentują już niebawem.

Toronto Raptors We The North

A jest szansa powalczenia o coś więcej niż tylko przyzwoity sezon. Konferencja wschodnia w lidze NBA w tym roku wygląda nadspodziewanie wyrównanie. Jedynie na papierze przed wszystkimi są Cleveland Cavaliers, którzy tego lata byli najbardziej „hot” zespołem. Ja jednak jestem tego zdania, że nasprowadzanie gwiazd pokroju LeBrona Jamesa czy Kevina Love jeszcze tytułu nie zapewnia. Bardziej byłem pewny osiągania sukcesów przez Miami Heat, kiedy tworzyła się tam „wielka trójka” parę lat temu. Czy Kawalerzystom uda się odeprzeć ataki w tabeli odnowionych Chicago Bulls, którzy mają także aspiracje sięgające znacznie dalej niż pierwsza runda playoffs? O ile Derrick Rose się znowu nie połamie, a sprowadzony Pau Gasol przeżyje swoją „niewiadomojużktórą” młodość to jest taka szansa. Ja bym się jednak nie pogniewał aby ten plan nie do końca wypalił, a skorzystali by na tym Raptors 😉 Jeśli do tej trójki zespołów doliczymy jeszcze stawkę pościgową w postaci na przykład Washington Wizards z Marcinem Gortatem w składzie oraz Indianę Pacers, którzy z murowanego faworyta stali się najbardziej pechowym na swój sposób teamem w NBA, to wychodzi, że walka będzie trwała do samego końca o niemal każde miejsce. Ja nie podejmuję się typowania tego, kto gdzie się uplasuje bo w tej chwili to zwykłe wróżenie z fusów. Za kilka miesięcy, kiedy znaki zapytania zaczną zastępować jakieś odpowiedzi na nurtujące teraz pytania, będzie się pewnie można uśmiechnąć do wielu tego typu typowań.

Podobnie jest też na zachodzie, gdzie uważa się, że grają znacznie silniejsze zespoły. W sumie to racja, ale mam dziwne wrażenie, że zachód w tym roku będzie… nudniejszy. Może nie będzie gorszy, ale na chwilę obecną nic nie zapowiada tego aby miała nastąpić tu jakaś zmiana układu sił. Mistrzowie NBA czyli San Antonio Spurs zapewne przejdą przez rozgrywki spokojnie, bez spinania się, bo doskonale wiedzą, że mistrza zdobywa się w czerwcu, a nie w styczniu czy lutym. Oklahoma City Thunder przed startem rozgrywek ma trochę kłopotów natury zdrowotnej z urazem ich lidera czyli Kevina Duranta na czele. Jak problemy z kontuzjami potrafią pokrzyżować plany w Oklahomie już dobrze wiedzą, a więc zapewne obaw jest tam całkiem sporo. Na tym fakcie może skorzystać zespół, któremu kibicuję może nie tak mocno jak Toronto, ale widzę wiele podobieństw między tymi zespołami. Los Angeles Clippers, bo o nich mowa, jeszcze kilka lat temu byli pośmiewiskiem ligi i ubogim krewnym Lakers. Teraz role się jednak odwróciły, i to Lakersi muszą drżeć i zastanawiać się ile żenujących chwil czeka ich w najbliższych miesiącach. Clippers natomiast powoli chyba dojrzewają do tego, aby stawić czoła wszystkim rywalom w NBA i na poważnie patrzeć w stronę mistrzostwa NBA. Dla niektórych graczy występujących w tym zespole jest na to już najwyższy czas. Do tej wyliczanki zespołów wartych śledzenia dorzuciłbym jeszcze Golden State Warriors, którzy co roku swoja grą oraz dzięki swoim fanatycznym kibicom robią sporo szumu w NBA. Oby ten fakt się nie zmienił bo straciłaby na tym cała NBA.

https://www.youtube.com/watch?v=7cJ2I_wDP3A

I tak to właśnie wygląda z mojej subiektywnej perspektywy. Wiele osób z którymi mam okazje rozmawiać na koszykarskie tematy twierdzi, że „kiedyś NBA było fajniejsze, ciekawsze”. Moim zdaniem jest w tym stwierdzeniu tylko trochę prawdy, bo dzisiejsza liga jest nie tyle gorsza czy mniej fajna, co po prostu inna. Jest ona jednak równie wielobarwna i wielowątkowa, że praktycznie każdy kto tylko zechce to zobaczy w niej coś co mu się spodoba. Zresztą ta liga to idealny przykład na to, jak powinno się rozwijać. Oczywiście ta liga jako organizacja nie jest bez wad, ale czy to tak naprawdę wielu osobom przeszkadza? Mi osobiście nie i dlatego zarywanie nocy czas zacząć!