fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Bezkrwawa jatka na Mokotowie

dodany przezKamil Timoszuk 10 stycznia 2017 0 Komentarzy

Koniec roku to chyba dobry czas aby otworzyć swojego boxa crossfitowego. Do takiego wniosku dochodzę ostatnimi czasy, widząc jak wiele dzieje się imprez urodzinowych w poszczególnych miejscach. Po imprezowym grudniu, przyszedł czas na styczeń, podczas którego już w pierwszy weekend świętował CrossFit Mokotów.

Tak się już chyba utarło w tym środowisku, że jednym z najlepszych sposobów aby uczcić „iluślecie” danego boxa są zawody. Bo nie ma to jak zajechać się, lub przynajmniej swoich podopiecznych, w urodzinowej aurze 😉 Na warszawskim Mokotowie, 2 lata temu tak sobie wzięto to do serca, że na dzień dobry zorganizowano dwudniowy event. Jaki był tego efekt? Przez minimum kolejny tydzień CrossFit Mokotów przypominał dziki zachód. Kojarzycie tę scenę, gdy gdzieś tam na dzikim zachodzie, po pustych bezdrożach hula wiatr, a co chwilę przed oczami przelatują kępki trawy? Tak, tak właśnie było w tym boxie. Bo kto niby miał trenować jak niemal wszystkich wybito na pierwszych zawodach? 😀

Rok temu, nauczeni już pierwszym doświadczeniem organizatorzy, zatrzymali swoje pomysły na jednym dniu. I nie ma co ukrywać, ale wyszło to na dobre praktycznie dla każdego. I dla osób startujących, które miały szansę sprawdzić się bez obawy o swoje życie. Dla samych organizatorów było to też niejako ułatwienie, aby zawody nie przypominały niekończącej się opowieści 🙂 Zresztą jak dokładnie było, możecie przeczytać TUTAJ, bo tak się szczęśliwie złożyło, że mogłem to sobie zobaczyć z boku. Zresztą fakt, że podobało mi się w roku 2016, było chyba największą zachętą do tego, aby pojawić się w tym samym miejscu w ostatni weekend. Czy było warto?

GALERIA ZDJĘĆ Z BATTLE OF MOKOTÓW vol. 3

Zanim doszło do samych zawodów, to podglądałem sobie trochę jakie nastroje panują w boxie przed imprezą. Wbrew pozorom, to czasem o danym miejscu mówi całkiem sporo. Nie jest to może powód do wyciągania jakichkolwiek wniosków, szczególnie dla takiej osoby jak ja z zewnątrz. Może to być jednak w sporym stopniu obietnica tego, że czas poświęcony na taki wyjazd nie będzie czasem straconym. I tak właśnie było w przypadku RCFM, gdzie internetowe dyskusje na wszelkie okołozawodowe tematy były co najmniej ożywione 🙂 Jak można też sobie było przeczytać, pojawił się też problem do jakiej kategorii mają lub mogą dopisać się poszczególni zawodnicy. Tu jednak twardą reakcją Bartka Macka temat został zakończony. Od razu też było widać, kto rozdaje karty i podpisuje faktury na Mokotowie 😀

W efekcie tych wszystkich przygotowań, impreza wystartowała niemal bladym świtem, bo już o 9 rano. Nie przypominam sobie aby któreś z zawodów, szczególnie tych wewnętrznych, startowały aż tak wcześnie. Ja chcąc dotrzeć na czas, jako środek transportu z Białegostoku wybrałem sobie BlaBlaCar. System który sobie bardzo chwalę, ale który jest bezradny wobec złośliwości rzeczy martwych oraz sytuacji w postaci ucieczki trzech autobusów miejskich oraz jednego metra. Nie ma to jak chłopak z prowincji wyrwie się do wielkiego świata 😀 Na szczęście dzięki wielu sprintom w pogoni za kolejnymi środkami komunikacji miejskiej, udało mi się nie zamarznąć 🙂 W efekcie tego do boxa dotarłem chwilę po tym, jak wystartował pierwszy workout w kategorii Open.

Mokotowskie zmagania jak już wcześniej wspomniałem, nie należą na pewno do najlżejszych. Jednak 4 lata funkcjonowania boxa też do czegoś zobowiązują i dzięki temu już na starcie zawodnicy musieli się zmierzyć z czymś co w wielu innych miejscówkach nadawałoby się równie dobrze na finał, lub przynajmniej półfinał rywalizacji. Mianowicie było to połączenie Air Bike’a z slam ballem. Pierwszą z maszyn tortur zna przynajmniej ze słyszenia już chyba każdy. Z nadprogramowo ciężką piłką lekarską, zaprzyjaźnia się w boxach stosunkowo niewielu ludzi. Jest to jednak nie mniej wymagające ćwiczenie od wielu innych, uważanych za stosunkowo trudne. Tym bardziej, że w przypadku kobiet, bez względu na kategorię, było to 30 kilogramów, a w przypadku mężczyzn 50 kilogramów. Po zejściu z Air Bike’a trzeba było owy ciężar przenieść na drugi koniec boxa, tam go przerzucić przez ramię kilkanaście razy i wrócić do punktu wyjścia. potem zaś powtórzyć wszystko jeszcze dwa razy. Dokładny opis workoutów znajdziecie na stronie Athletes Zone pod TYM linkiem. Ciekawą rzeczą jest też to, że nazwa tego workoutu to Like a Virgin. Patrząc na poniższe zdjęcie, pokusiłbym się o stwierdzenie, że ktoś tu chyba przewidział przyszłość 😉

Obserwując walkę zawodników widać było gołym okiem, przed jak trudnym zadaniem zostali postawieni wszyscy śmialkowie w ten dzień. Niektórzy z nich ważąc niewiele więcej od samego slamm balla, starali się dotrzymać kroku swoim cięższym o kilkadziesiąt kilogramów kolegom. Grymasy zmęczenia, przeplatane z bólem i walką były niemal na porządku dziennym. Niestety nie obyło się też bez lekkich urazów, które jednak nie przeszkodziły niektórym w kontynuacji zmagań. To też syndrom zawodów, które wyzwalają w ludziach takie pokłady adrenaliny, że coś co innego dnia natychmiast by zatrzymało daną osobę, tak tego dnia jest tylko pewną niedogodnością, którą trzeba pokonać. Najlepiej z pierwszym workoutem w poszczególnych kategoriach poradzili/-ły sobie Marta Grzesiak, Dorota Szymańska, Bartek Hys oraz Łukasz Napora.

W CrossFit Mokotów ewidentnie lubują się w długich treningach. Po pierwszym 10-minutowym time capie jaki był przeznaczony na trening, w drugim WOD-zie zaplanowano na wykonanie go aż 16 lub nawet 20 minut, w zależności od kategorii. Problem z tym workoutem jednak wbrew pozorom nie polegał na jego długości, a na ilości rzeczy do wykonania. Tak jak w WOD-zie numer jeden większa część startujących mieściła się w wyznaczonym czasie, tak w drugim większość osób miała z tym problem. Dlaczego? Może dlatego, że została tu wykonana próba zmieszczenia przynajmniej połowy CrosFitu w jednym treningu 😉 Jeśli ktoś też miał dość Air Bike’a w pierwszym WOD-zie, to na pewno musiał się ucieszyć gdy w drugim zobaczył wiosła na start. Ergometr, który miał być dwukrotnie, ale jak wspomniałem, niewiele osób miało to szczęście aby wrócić do drugiego wiosłowania. Wszystko za sprawą drogi jaką trzeba było przebyć i porozstawianych po kolei przeszkód czyli box jumpów, martwych ciągów, wall balli oraz kettli lub ring dipów w zależności od kategorii. Jednym słowem – prawdziwa parada atrakcji 😉 W wyniku też tego, zostali wyłonieni ci, którzy dostali się do półfinałów.

Dzięki tak rozbudowanym workoutom sensu nabierało też to, dlaczego cała impreza zaczęła się aż tak wcześnie. Gdyby było inaczej, lub gdyby pojawiały się jakieś nieprzewidziane obsuwy, to mało brakowało, a byśmy się otarli o Rodeo 😉 Na szczęście nie tym razem. W półfinale wszyscy szczęśliwcy jacy się tam dostali, zostali postawieni przed drabinami kompleksów. Dla Open był to Power Clean + Hang Squat Clean + Overhead Squat, a dla Rx Power Snatch + Hang Squat Snatch + Overhead Squat. Jednym słowem zostały spełnione prośby tych, którzy po dwóch pierwszych częściach narzekali na to, że za mało jest sztangi w zawodach. Dziewczyny z kategorii Open mogły jednak czuć nadal lekki niedosyt, ponieważ ktoś tu chyba nie docenił ich możliwości. W wyniku tego dziewczyny niemal z uśmiechem na ustach pokonywały każdą kolejną stację. O końcowym wyniku decydowała liczba burpeesów, jaką wykonała dana zawodniczka w reszcie ostatniego minutowego okna, na zrobienie kompleksu. W pozostałych kategoriach także widać było, że przyszykowane ciężary nie stanowiły dla wielu osób wielkiego wyzwania. Może to oznaczać, że podopieczni trenerów w CrossFit Mokotów są lepsi niż się ich opiekunom wydaje 🙂 w Kategorii Rx brylował Michał Dwornik czyli jeden z najlepszych Mastersów w tym kraju. Jego ostatnia minuta wyglądała tak.

Po zakończeniu półfinałów do rozstrzygnięcia została już tylko jedna kwestia – Kto sięgnie po czołowe lokaty w każdej z kategorii. W wielu przypadkach w finałowych pojedynkach trwała walka o końcowe miejsca, które nie były w żaden sposób przesądzone. Poza tym zawodnicy po czystym dźwiganiu żelastwa, jako wisienkę na torcie otrzymali gimnastykę z GHD, chodzeniem na rękach i muscle upami włącznie. Przez 10 minut każdy zawodnik musiał uzbierać jak najwięcej punktów na poszczególnych stacjach, mogąc zmieniać je niemal w nieskończoność. Przez to też zaczęła się liczyć nie tylko siła czy czysty skill, ale także taktyka. Taktyka, na której kilka osób całkiem dobrze wyszło. Poza tym na przykładzie Katarzyny Trochimczuk po raz kolejny się okazało, że w czystej rywalizacji jest coś specjalnego. Bo czasem pewne rzeczy można trenować i próbować w nieskończoność. Jednak gdy przychodzi prawdziwa rywalizacjam to niemożliwe potrafi stać się możliwe. W tym przypadku oznaczało to pierwszy ring muscle up w życiu. Nie był on może tak piękny i prawilny jakby wielu z samą zawodniczką na czele chciało, ale był. Teraz na pewno jest znacznie większa motywacja do pracy, aby ten element szlifować jeszcze bardziej. Bo skoro udało się raz, to dlaczego by miało się nie udać i kolejne?

Reszcie zawodników także nie można było odmówić woli walki. Woli, która po całym niezwykle męczącym dniu, była znacznie ważniejsza aniżeli wiele innych cech. To dzięki między innymi niej Marcin Ratyński wygrał finał kategorii Rx, i wskoczył na drugie miejsce, przeganiając tym samym Adama Grzywacza. Michał Dwornik był poza zasięgiem tej dwójki oraz reszty stawki, której pokazał, że młodzież musi jeszcze popracować aby dogonić starą gwardię 🙂 U pań Rx na podium od samej góry ustawiły się Dorota Szymańska, Marta Wawrzyńska oraz Katarzyna Trochimczuk. W Open pań było zaledwie 4 jednak nie oznacza to, że było nudno. Wygrywająca 3 z 4 WOD-ów Marta Grzesiak musiała się solidnie napracować na swój sukces. Jej najbliższe rywalki czyli Anna Laszczakowska oraz Jagna Banaś nie odstępowały jej na krok. Ostatnimi laureatami zostali zaś Adam Markowski, Daniel Błystek oraz Rafał Gieniuk czyli naczelny sąsiad Bartka Macka 😉

Tym samym Battle Of Mokotów vol. 3 przeszło do chlubnej historii boxa. Zawody te po jakimś czasie powinny być wspominane jako niejako mieszanka pierwszych hardcorowych zawodów i drugich przeprowadzonych z większą rozwagą. Po niektórych zawodnikach takich jak na przykład Marcin Ratyński, doskonale widać, że całoroczna praca, przynosi ewidentny progres. I chyba tak na prawdę o to chodzi w takim imprezach. Z jednej strony, żeby się sprawdzić, a z drugiej żeby mieć po prostu z tego fun.

Sądząc po uśmiechniętej minie Bartka, który na koniec otrzymał jeszcze gromkie sto lat z okazji swoich urodzin, oraz zmęczonych ale zadowolonych mordkach reszty ekipy, nie trudno stwierdzić, że to był udany dzień. Jak nic prosi się o to, aby za 12 miesięcy była kolejna powtórka 🙂