fbpx
Foto & VideoO wszystkim

Backstage piłkarskiej majówki

dodany przezKamil Timoszuk 3 maja 2019 0 Komentarzy

Piłkarski Puchar Polski zwany Pucharem Tysiąca Drużyn, to impreza paradosków. Niby przez wielu traktowana jest po macoszemu, ale gdy tylko pojawia się szansa na zdobycie tego trofeum, to zaczyna się poważna spina. A finał tej spiny zobaczyliśmy wczoraj w Warszawie.

W tym roku przez wszystkie szczeble pucharowych rozgrywek przeszły dwa zespoły – Jagiellonia Białystok i Lechia Gdańsk. Oba kluby dla których spotkanie finałowe było niejako swoistym ratowaniem sezonu 2018/2019. Patrząc pod tym kątem, to bardziej pod ścianą stała białostocka Jaga. Przed startem rozgrywek ligowych w 2018 roku, aspiracje klubu mierzyły znacznie wyżej aniżeli wskazuje ich obecne miejsce w tabeli. I co ważne, przez dość długi czas wydawało się, że Jagiellonia w końcu dorosła do tego aby stanąć na najwyższym stopniu podium. Niestety, „im dalej w las, tym więcej drzew”. Z tygodnia na tydzień, cel pod tytułem Mistrzostwo Polski odjeżdżał coraz dalej. I tak doszliśmy do chwili, kiedy Puchar Polski i wywalczony w trudzie finał stał się praktycznie celem numer jeden.

Lechia Gdańsk w tym roku to duże zaskoczenie, żeby nie powiedzieć ewenement. Drużyna, która jeszcze 12 miesięcy temu drżała o to czy zostanie w szeregach Lotto Ekstraklasy, dziś jest w zupełnie innym miejscu. Dziś bowiem jest (była?) jednym z głównych kandydatów do Mistrzostwa Polski. Ostatni przegrany mecz z Legią Warszawa ten cel mocno oddalił, ale dalej to są jednak tylko 3 punkty. W lidze, która już nie jeden zwrot akcji i komedię boiskową widziała, to dalej jest całkiem niewiele. A podczas swego marszu ku mistrzostwu, Lechia doszła też do finału PP. Jagiellonia czekała na to 9 lat, a Lechia na tym poziomie tych rozgrywek wystąpiła 36 lat temu. Jednym słowem to była zupełnie inna rzeczywistość.

Być może właśnie dlatego, zarówno w Białymstoku jak i Gdańsku bilety przyznane przez PZPN na Stadion Narodowy rozeszły się niezwykle sprawnie. W Gdańsku potrzebna była na to niecała godzina, a w Białymstoku kilka dni. Jednak to na Podlasiu zadbano bardziej o to, aby niemal każda „kibicowska grupa społeczna” miała szansę zdobycia biletu. Można oczywiście dyskutować o tym który system był lepszy. Jednak gdy dzieje się tak duże wydarzenie, to dobrze jest gdy nie ogranicza się go tylko dla „wybranych/kumatych”.

Ja pierwotnie na ten mecz miałem jechać tradycyjnie jako fotograf. Jednak gdy PZPN się mówiąc krótko na mnie wypiął i odmówił mi oficjalnej akredytacji, to moje plany się zmieniły. I nawet dostając w pewnym momencie propozycję działania pod inną marką aniżeli swoja własna, nie chciałem zmienić już mojej decyzji. Swoją drogą to spora uznaniowość przyznawania akredytacji dziennikarskich nie tylko przez PZPN ale wiele innych instytucji nie przestanie mnie zadziwiać. 9 lat temu na finale Pucharu Polski z Jagiellonią w Bydgoszczy byłem akredytowany. Tym razem nie. Co się zmieniło przez ten czas? Tylko w PZPN to wiedzą. Ten tekst nie powstał jednak po to, by się na coś lub na kogoś żalić. Tym bardziej dlatego, że to był po prostu dobry dzień.

Dzień który zaczął się BARDZO wcześnie, bo już około 4 nad ranem. Dlaczego aż tak wcześnie? Ponieważ to wtedy dały o sobie znać oznaki jakiegoś nagłego zatrucia/wirusa/cholera wie czego. Spędzając te kilka godzin w łazience do 8 rano, nie raz przeszła mi przez głowę myśl, aby po prostu zadzwonić i powiedzieć znajomym, że „dzięki, ale tym razem nie dam rady”. Wtedy jednak bardzo szybko przychodziła też druga myśl o tym, że takie mecze i takie szanse nie zdarzają się codziennie. Być może kolejny finał PP z biorącą w nim udział Jagiellonią zdarzy się za lat kilka, kilkanaście, a może nawet nigdy. Już widziałem też siebie leżącego siebie przed telewizorem i żałującego swojej decyzji w każdej upływającej minucie. Dlatego też telefon do znajomych nie nastąpił, a zastąpiła go myśl „co ma być to będzie” 😉

Punkt 8:30 wyruszyliśmy stronę Narodowego. Ktoś znający godzinę rozpoczęcie spotkania ustawioną na 16, zapyta „a po cholerę tak wcześnie?”. Zrobiliśmy to choćby dlatego, że z prostej matematyki wynikało to, że tego dnia na trasie Białystok-Warszawa będzie spory ruch. Do tego dodając remonty na wylocie z miasta, których w ostatnim czasie się namnożyło, był to po prostu zdrowy rozsądek. A zawsze po drodze mogły się zdarzyć różne niespodzianki na które też warto było mieć uwagę. I OK, ktoś napisze, że to chore że trzeba przewidywać takie rzeczy. Jednak ja zdecydowanie wolę robić tak, aniżeli najpierw sam dać ciała, a później krzyczeć jak to mnie strasznie oszukano i skrzywdzono. Co po części robili kibice Lechii Gdańsk, którzy weszli na stadion w komplecie dopiero w drugiej połowie meczu. Ale czytając wypowiedzi wielu z nich w internecie, to w dużej mierze sami sobie zgotowali taki los przyjeżdżając w wielu przypadkach na ostatnią chwilę. Być może chcieli coś tym ugrać, ale to w dużej mierze był to ich kłopot. Rzecz jasna abstrachuję tu od wszelkich problemów stwarzanych przez warszawskich organizatorów, czego też nie można wykluczać. Dlatego też w tym miejscu należą się duże brawa dla wszystkich organizatorów wyjazdu z białostockiej strony czyli dla UJB. Ludziom którzy zadbali o praktycznie każdy szczegół tej wyprawy i byli przygotowani na każdą ewentualność. Chwilami czytając forum czy wpisy na FB, zaczynałem im niemal współczuć. Niektórzy tam zadawali tak bzdurne pytania, jakby z okazji finału pierwszy raz z domu lub innego lasu wychodzili. Taki jednak urok tak masowych, jakby też nie patrzeć historycznie masowych, wyjazdów.

Pod stadionem zameldowaliśmy się kilka chwil po 12. I teraz pytanie co by tu porobić przez te kilka godzin? Tutaj wyszło po raz kolejny, że PZPN z jednej strony chce przywrócić/nadać znaczenie i rangę Pucharowi Polski, a później organizacyjnie idzie po najmniejszej linii oporu. Mam tu na myśli to, że otoczka w postaci jakichś na pprzykład atrakcji dla młodszych i starszych kibiców była zrobiona na typowy odpierdol. W sumie to można było powiedzieć, że takowych atrakcji w ogóle nie było. Nielicznych foodtrucków, których miała być masa, nie do końca liczę. One bowiem stoją pod stadionem nie tylko w z okazji Pucharu Polski, ale w inne dnie także. Zresztą już zahaczając temat jedzenia to, wiele osób chciało się posilić już na samym stadionie. Niestety jednak tutaj sprawdziło się w stu procentach to o czym mówili panowie ze Stadionowych Rewolucji z WeszłoFM.

Ja po obejrzeniu tego materiału i skonfrontowaniem tego w rzeczywistości, mam tylko jedno pytanie – dlaczego nota jaką dostał Narodowy jest tak wysoka? Ja myślałem że catering na Jadze jest słaby, ale Narodowy przebił ten paździerz. Tyle dobrego w tej całej sytuacji, że tego dnia mój żołądek był w fazie buntu i nie przyjmował niczego.

Wracając jednak jeszcze na chwilę do atrakcji czekających na kibiców pod stadionem, to pierwszą jaką można było zobaczyć po dotarciu na miejsce to polska policja. Niby wiem jak smutni panowie potrafią „ochraniać” mecze, ale to co zadziało się pod stadionem, to chwilami przypominało wręcz wzorcowy pokaz siły. Bo jak inaczej można nazwać policjantów w pełnym rynsztunku, tajniaków w cywilu, wszelkiej maści samochody policyjne, policjantów z psami, na koniach i krążący non stop nad głowami śmigłowiec. Jeszcze tylko czołgów i armaty zabrakło, nosz ja pier… Ja rozumiem, że nie każdy kibic to grzeczny chłopiec, którzy przyszedł tam po to aby tylko kupić hotdoga, poklaskać i w spokoju obejrzeć mecz. Ale osoby, które dzięki temu meczowi zaliczały swój pierwszy wyjazd, w tym wiele kobiet i dzieci, mogły się czuć co najmniej zaskoczone, jeśli nawet nie przestraszone/zastraszone. Taki mamy powalony klimat.

Jednak im bliżej było do meczu tym atmosfera na trybunach gęstniała, na szczęście w pozytywnym słowa znaczeniu. Ja siedząc na górnej trybunie bałem się o to, że będę otoczony wręcz samymi ludźmi, którzy nie tyle zaliczają swój pierwszy wyjazd, ale też swój pierwszy mecz w ogóle. Na szczęście nie było tak źle i ku mojemu zdziwieniu przez cały mecz nikt nie siedział, a wiele osób żywo dopingowało. Oczywiście zdarzały się wyjątki jak panie, które pełne 90 minut przesiedziały z nosem w telefonie. Jednak w okolicy jakiej siedziałem to był procent. Ciężko jest jednak oceniać doping i to jak to wyglądało z boku będąc niejako tego częścią. Szybciej mogą to powiedzieć ludzie siedzący na prostych trybunach, którzy powiedzmy, że byli bezstronni lub mieli ogląd na cały stadion. Ja wracając do domu i oglądając w internecie pomeczowe materiały, czułem autentyczną dumę z tego jak zaprezentowała się Jaga. Kartoniada z Pszczołą (jedna z najlepszych w historii Jagi moim zdaniem), „Łączy nas piłka” czy kilka innych akcji zdecydowanie na plus. Trzeba też oddać to, że gdy Lechia w końcu zebrała się do kupy w drugiej połowie i wjechała ze swoim dopingiem „na podmęczonego rywala” z drugiej strony stadionu, to też chwilami robiło wrażenie.

Dlaczego jednak nie piszę o samym meczu? Bo tak naprawdę nie za bardzo jest o czym pisać. Przed meczem było wiadomo, że to spotkanie może nie stać na najwyższym sportowym poziomie. I tak też było, a do tego w pewnej chwili było wręcz czuć, że ten mecz wygra ta ekipa, która jako pierwsza strzeli bramkę. Pomimo tego, że optyczną przewagę miała Jaga, to niestety zrobiła to Lechia w samej końcówce meczu. I o ile pierwszą bramkę dla niej nie uznano, tak przy drugiej niestety nie było już żadnej dyskusji. I stało się to w 96 minucie… Czy można gorzej?

Co to oznacza dla samej Jagiellonii czyli trenera Mamrota, zawodników i wszystkich zarządzających klubem? Na pewno czas przemyśleń, a następnie podjęcia być może ciężkich, ale niezwykle potrzebnych i nieuniknionych decyzji. Bo chyba widzi już to każdy, że formuła tego zespołu w tej formie się chyba wyczerpała. Czy potrzeba tak zwanego przewietrzenia szatni? Może, nie mnie w sumie to oceniać. Na pewno jednak w najbliższych tygodniach czy miesiącach podjęte decyzje zadecydują najprawdopodobniej o tym, czy Jaga nadal pozostanie ligowej w czołówce, do której trochę dla wielu niespodziewanie weszła, czy skieruje się ona w stronę środka tabeli i ligowej szarzyzny. Na dzień dzisiejszy uczucie jakie może towarzyszyć wszystkim ludziom związanym z Jagą, to zwyczajny zawód. Zawód wczorajszym dniem, wczorajszym meczem, wczorajszym wynikiem, tegorocznym sezonem na który plan był raczej trochę inny czy zawód tym jakim miejscu jest klub. Nie jest to może miejsce beznadziejne czy nawet bardzo złe, ale człowiek szybko się przyzwyczaja do fajnych chwil czy momentów. Takich chwil jakich Jagiellonia dostarczyła w ostatnich latach co najmniej kilka/-naście. Jednak coś ewidentnie musi się zmienić jeśli, chcemy takie dni jak wczoraj nie były świętem raz na kilka lat, a regularnością.

Wszystkie zdjęcia w tym tekście wykonane zostały przez niezawodną Joannę Szubzdę i jej koleżankę Monikę Kalicką z Radia Białystok, które wczoraj szalały  na Narodowym 🙂 Super robota!