CrossFitO wszystkim

All about my CrossFit

dodany przezGość 3 czerwca 2018 0 Komentarzy

„Chodź na CrossFit, zobaczysz, jakie to super”- jakiś czas temu dostałam takie zaproszenie od koleżanki.

Ja? CrossFit? To nie dla mnie. Widziałam filmiki, jak się ludzie tam dojeżdżają, słyszałam, że wymiotują z wysiłku. Przerażało mnie to. Sądziłam, że jestem zbyt delikatna i po prostu nie dam rady.

Pół roku temu przyszedł jednak taki czas, że moja znajoma wróciła z tematem. Przekonała mnie pytaniem:

 „Jak możesz mówić, że to nie dla Ciebie, skoro nigdy nie próbowałaś?”

Pomyślałam: dziewczyna ma rację.

Poszłam więc raz jeden. I zostałam.

Jak to się stało?

Bo wreszcie poczułam, co to znaczy się zmęczyć.

Bo zobaczyłam coś ciekawego, inspirującego, wykraczającego poza zwykłe powtarzalne ćwiczenia, jak w fitnessie czy na siłowni.

Bo poczułam, że mogę odkrywać coś zupełnie nowego, co znacznie wykracza poza moją strefę komfortu. I tak, były momenty, że chciało mi się zwrócić to, co zjadłam, ale tylko przez chwilę. Potem przychodzi naturalna, wielka eksplozja energii i endorfin, której nie musisz szukać w używkach czy jedzeniu na przykład.

Wciąż obserwuję, jak zmienia mi się ciało: silniejsze, sprawniejsze, mocniejsze.

Słyszałam, że CrossFit uchodzi za sport, który jest bardzo kontuzjogenny. I tak, sama doświadczyłam małej kontuzji na barku chyba po miesiącu pracy. Nazwałabym to przerost formy nad treścią 😉 Czasem głowa mówi, że da się więcej, mocniej. I owszem, da się, ale z czasem, a ja przegięłam z intensywnością i częstotliwością treningów. Jednak to nauczyło mnie, że trzeba słuchać swego ciała.

To, co już wiem o tym sporcie, to że bez rozgrzewki, rolowania i rozciągania ani rusz, bo zakwasy lub kontuzje mogą zepsuć całą zabawę. I uważam, że jest tak kontuzjogenny, jak każdy inny- bez odpowiedniego „przed i po” treningu można nabawić się kontuzji. Jak wszędzie.

Po niespełna pół roku, mogę powiedzieć, że CrossFit dał mi znacznie więcej.

Obok poprawy sprawności- to naturalne- zaczęłam zauważać swoje postępy. I dosłownie, jak mawia guru polskiego fitnessu: możesz więcej, niż Ci się wydaje.

Zaczęłam też zauważać swoje myśli: że tak naprawdę jedyne, co mnie blokuje przed poprawą sprawności czy wykonywaniem trudniejszych ćwiczeń, to ja sama. Jak to dostrzegłam, to zaczęłam moderować swoje myśli, kierować je w stronę „dasz radę”

Nauczyłam się pokory. Na początku chciałam wszystko ponad siły i porównując się do innych. Skończyło się to kontuzją. Pierwszą i ostatnią, bo zdałam sobie sprawę, że brakuje mi pokory. Że trzeba czasu. Że nie wszystko robię dobrze, więc muszę trzymać się wskazówek trenerów. Że mogę porównywać się tylko do siebie. Z wcześniej. Sprzed miesiąca. Dwóch. I zauważać progres. Że mój wynik na tablicy jest od tego, żeby być szczerym ze sobą. Więc wybujałe ego, które chce policzyć więcej niż faktycznie zrobiłam, mogę schować do kieszeni, bo to nic mi nie da.

Ukształtowałam nawyk. Mówi się, że nawyk kształtuje się 21 dni, potem wchodzi w krew. Coś w tym jest. Ale muszę przyznać, że na początku cały czas musiałam czuwać, żeby pokonać „nie chce mi się” w głowie. Z perspektywy tych kilku miesięcy – przestałam o tym myśleć. Nie myślę, czy mi się chce- po prostu pakuję torbę, i wychodzę.

Monitoruję swój progres – pomimo, że wcześniej przez kilka miesięcy ćwiczyłam fitness, to na tych treningach zauważyłam, ile mam jeszcze „do roboty”. To znaczy, że ani razu nie zdążyłam się znudzić. Wciąż można coś zrobić sprawniej, podnieść większy ciężar, zrobić więcej powtórzeń. Czyli pole do manewru jest tak szerokie, że nie ma opcji, żeby Ci się to znudziło.

Poznałam świetnych ludzi- którzy tak jak ja chcą od życia czegoś więcej, niż tylko popaść w rutynę. Bo ten sport ma w sobie coś, co sprawia, że zaczynasz oczekiwać najwięcej od siebie, a przestajesz od innych.

Jednak mam wrażenie, że nie tylko na treningach coś się zmienia.

Dlaczego warto spróbować? A raczej dla kogo. Dla siebie. Bo otwiera Ci się głowa. To znaczy, że przestajesz wierzyć swoim myślom pt. „nie dasz rady”, bo zaczynasz widzieć, że masz wpływ na swoje życie i to, jak ono wygląda. Że możesz więcej i więcej. Włącza Ci się sprawczość. Co ciekawe- w innych sferach życia także!

I wiesz, że to się samo nie zrobiło. Że Twoja sprawność i wygląd to wynik Twojej decyzji, wytrwałości, systematyczności i konsekwencji. Więc przybijasz sobie piątkę.

I z czystym sumieniem, mogę polecić ten sport każdemu. Każdemu, kto chce pokonać swoje słabości. Zmienić coś w myśleniu, a dalej- w życiu. I, jak zawsze- to Ty decydujesz, czy podejmiesz to wyzwanie.