fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Afiliacja z Kołobrzegiem w tle

dodany przezAgata Wyrwas 27 grudnia 2016 1 Komentarz

W czasie swoich podróży, często jestem zmuszona do niektórych miast wracać. Oczywiście, na większość reaguję entuzjastycznie, jak choćby Olsztyn, Rzeszów, Gdańsk czy Lublin. Na swojej drodze jednak robię także postoje w miejscach, z których wyjeżdżając czułam ulgę. Właśnie w tej grupie znajduje się jedno z najbardziej dla mnie kontrastowych miast kraju – Koszalin.

Miasto nad morzem, bez morza. Dla mnie, miejsce bez konkretnego klimatu i sprecyzowanej charakterystyki. Szare, nijakie, zwyczajnie bezbarwne. Oczywiście – to wyłącznie moja perspektywa postrzegania, związana również z moją sferą zawodową. Ilekroć muszę się pojawić w tym mieście, staram się chociaż na chwilę wybrać do Kołobrzegu, gdzie powietrze jest jakby lepsze. Brzmi zabawnie? Nie powinno was zatem zdziwić iż postanowiłam w czasie jednej podróży sprawdzić miejscówki w obydwu miastach.

Swoje pierwsze kroki skierowałam do Koszalina. Pamiętając o zasadzie dobrego wychowania, zawsze pytam gospodarzy czy mogę zajrzeć na zajęcia, a także jakie zasady obowiązują w ich boxie. Podobnie było i w tym przypadku. Odpowiedź jaką dostałam z CrossFit Koszalin, wywołała mój niekontrolowany uśmiech:

Pani początkująca czy zjadła zęby na CrossFicie”? 😀

Będąc w zgodzie z prawda, jak i samą sobą, grzecznie i na własną odpowiedzialność poinformowałam, iż stawię się na normalnym WOD-zie. W swoich podróżach przyzwyczaiłam się do poszukiwań boxów. Lubię klimat hal produkcyjnych. Nie wiedzieć dlaczego, tworzy dodatkową aurę tego sportu. Nie zdziwiło mnie zatem, że i ta miejscówka jest schowana pomiędzy blaszanymi halami. Gdy weszłam do środka, pierwsza z myśli jaka zaświtała w głowie, była wdzięczność samej sobie za spakowanie jak nigdy bluzy. W boxie było przeraźliwie zimno. Pora roku nie zachęca, wiem. Będzie tylko gorzej, też wiem. Niemniej zdziwienie będzie chyba towarzyszyć mi jeszcze przez najbliższe kilka wycieczek. Na całe szczęście chłopaki w Chile później włączyli dmuchawę, dostarczając adepta możliwości do rozgrzewki natychmiastowej.

Przed zajęciami podszedł do mnie coach Marcin, przywitał się, chwilę pogadał, przy okazji informując mnie iż zajęciach będzie prowadził drugi trener.

Co do samej przestrzeni – nazwałabym ją raczej kameralną. Moim skromnym zdaniem, mało strategiczne zagospodarowana powierzchnia. Box wyposażony został w drewnianą antresolę, pod którą znajduje się mini recepcja, oraz cztery GHD. Nad nimi szatnie.  Wszystko razem, daje poczucie delikatnego zagracenia. Jednak jak wiadomo, nie wielkość świadczy o jakości, a każdą przestrzeń można zagospodarować w najmniej oczekiwany sposób.

Co do samego treningu, muszę z żalem przyznać – nie zrobił na mnie wrażenia a raczej grube zdziwieniem – power snatch w wodzie, bez solidnego przygotowania? Może nie jestem znawcą z papierem, jednak moim zdaniem snatch należy do jednego z najtrudniejszych technicznie ruchów, wymagających skupienia i dokładności. Robiąc go nawet na małym obciążeniu – można zwyczajnie nabrać kiepskich nawyków. Moje ponowne zdziwienie wywołała reakcja trenera, a raczej jej brak; Dosłownie; Nie przeczę – obserwował każdego z uczestników z każdej perspektywy, jednak nie usłyszałam od niego ani słowa w niczyją stronę. Żadnej korekty postawy, ruchu, dynamiki. Gdybym nie znała swoich słabych stron – jak choćby problemu ze high pullem, pomyślałabym że zwyczajnie poszło wszystko należycie. Pierwszy raz zetknęłam się z takim zjawiskiem. Po skończonym WOD-zie, krótkie rozciąganie i out.

Jedną z największych zalet tego przybytku okazali się być ludzie – mili, uśmiechnięci, chętnie przyjmujących nowe twarze. Miło było popatrzeć na nich z boku, bo z takiej perspektywy było to wyłącznie możliwe. Widać w nich niesamowite zaangażowanie jako community. Gdy wychodziłam, żegnałam ich z uśmiechem niczym zza szyby – fajnie popatrzeć gdy w boxie ludzie dobrze się bawią, grają w siatkę, śmieją się, czerpią radość po prostu z bycia w z właściwymi ludźmi we właściwym miejscu. Wychodząc zostałam pożegnana przez żabcie – chyba najbardziej charakterystyczną i najmilszą z osób tego przybytku. Wyszłam od nich jednak z poczuciem niedosytu. Zrobiłam trening, spożytkowałam wolny czas w sposób jaki lubię najbardziej, jednak CrossFit Koszalin nie zmienił mojego życia, stając się jedynie kolejnym z miejsc na crossfitowej mapie.

Następnego dnia nie miałam chęci wracać do Koszalina; Wychodzę z prostego założenia – bycia w zgodzie z samą sobą. Wolę zatem poznać dalej, niż bazować na już odkrytym, a jednak niesatysfakcjonującym doświadczeniu. Proza życia.

Pierwszą z rzeczy, jaką usłyszałam o kołobrzeskim Rams Training House, była informacja iż nie mają afiliacji. Niby suchy fakt, niby zwykły papier, a jednak podświadomie dla niektórych ma znaczenie. Na mnie afiliacja niespecjalnie robi wrażenie, a jedną z moich ulubionych miejscówek jest Fitmania Olsztyn.

Nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Jak zawsze z resztą. Rams, podobnie jak CF Koszalin, schowany został pomiędzy rzędami blaszaków. Czerwonego logo, podświetlonego niebieskim światłem LED nie da się jednak przeoczyć.

Miejscówka, jeszcze pachnie świeżością. Chłopaki niedawno się przeprowadzili. Rzeczywiście RAMS robi wrażenie – duża, wysoka hala, przedzielona ścianką – dająca możliwość prowadzenia jednocześnie dwóch grup zajęciowych. Pierwsza z rzeczy na jaką zwróciłam uwagę wchodząc, była brama – ma nietuzinkowym niebieskim kolorze. Jak to z babami bywa, takie pierdoły przyciągają uwagę. Jednak jak dowiedziałam się w późniejszej rozmowie, brama to swoisty unikat, zrobionym specjalnie dla nich przez jednego z zaprzyjaźnionych ludzi.

Idea stworzenia tego miejsca to wspólny pomysł zakręconych braci Michała i Łukasza. Nie sposób zatem, aby takie miejsce nie posiadało charakteru oraz specyficznego klimatu, wyczuwalnego w miejscówkach stworzonych z potrzeby realizacji własnych pasji.

Na dzień dobry zostałam powitana pytaniem o wspólnego znajomego, jak również cel mojego przyjazdu w ich okolice. Przed treningiem zostałam zaopatrzona w zestaw najważniejszych, podstawowych informacji o rodzaju treningu, stopniu trudności zajęć. Trener Michał wypytał mnie też o moje doświadczenia związane z CrossFitem, staż i najważniejsze – wszelkie przeciwwskazania zdrowotne. Może jestem czepliwa, ale uważam że zadanie pytania o zdrowie i kontuzje każdej nowej osobie w boxie jest jednym z najważniejszych pytań, świadczących o profesjonalnym podejściu trenera do klienta. Wielu z nas, pojawiając się na treningu zapomina iż przechodzi pod opiekę prowadzącego zajęcia. Oczywiście, sami odpowiadamy za swoje decyzje, jednak poczucie odpowiedzialności za innych jest nierozerwalną częścią zajęć grupowych.

Miałam szczęście wylądować na zajęciach w dość kameralnym gronie – tylko ja i trzech chłopa. Michał omówił z nami trening, jak i standardy ćwiczeń, trening podzielony został na dwie części: EMOM następnie AMRAP:

EMOM 10’/ 30kg #complex
3x squat clean
2x front squat
1x thruster

AMRAP 9’
Buy in: 99DU/ 495 SU
15x T2B
12x jump over the box
9x HSPU

Pierwszy raz spotkałam się z aż tak drakońskim przelicznikiem DU. Na complexie zostałam pochwalona za dokładność techniki. Tu więc podziękowania specjalne należą się w tym miejscu przede wszystkim mojemu macierzystemu terenowi – Kamilowi Koszakowi z STF69, który zaraził mnie miłością i zacięciem do tego sportu. Może czasami się nie zgadzamy, czasami mijamy, jednak zawszę będę pamiętała kto we mnie wierzył, gdy nikt nie dawał mi szans na przetrwanie. Ogromne podziękowania należą się również Adamowi Borkowskiemu z CrossFit Stocznia oraz Arielowi Sawczukowi z CrossFit Lublin. Dziękuję za już poświęcony mi czas i pomoc. Wiem, że jest wiele elementów, nad którymi muszę pracować, jednak wszystko chyba idzie do przodu.  Może jednak wyjdę na ludzi?  Dzięki chłopaki!

Wracając jednak do Kołobrzegu – obie części treningu okazały się być zwyczajnie wymagające. Od jakiegoś czasu zacięłam się skacząc double, zamieniam je zatem na single. 500 sztuk, przy spiętych łydach od siedzenia w aucie – masakra. Michał dyplomatycznie wysłał mnie zatem na AirBike, tak by dać mi szanse na zaczęcie amrapu  Podczas T2B dostałam cenne uwagi od obydwu z braci, podobnie w czasie przygotowań do HSPU. Przez Michała zostałam powalona śmiechem, w chwili gdy przyniósł magiczne krzesełko wędkarskie, na którym siedział przed tablicą, gdy aktualnie nie stał nad żadną z osób i nie korygował ruchów. Wrażenie – bezcenne. Niby zwykła pierdoła, a jednak rozluźnia atmosferę.  Po całym szaleństwie, padłam jak długa, jednak naprawdę zadowolona. Wiem na pewno – jeśli będę w okolicy, na pewno będę chciała tam wrócić, bo warto!

Wychodząc, nie sposób było opuścić box bez krótkiej rozmowy przy recepcji. Dzięki takim pogawędką poznajesz ludzi i ich historię, a co za tym idzie? Miejsce zaczyna nabierać charakteru, a całość postrzegania zaczyna być zwyczajnie spójna. Tak dzieje się właśnie w Kołobrzegu, gdzie wchodząc stajesz się częścią tego zbiorowego szaleństwa. Zostałam pożegnana uśmiechem i zaproszeniem przy następnej okazji. W końcu jak usłyszałam – tutaj wracasz jak do domu.

Wyszłam od nich szczęśliwa, jednak trochę zasmucona – następnego dnia moja podróż dobiegała końca, nie mogłam więc do nich wrócić, choć bardzo chciałam. Wyjazd do Koszalina, okazał się być kolejnym ciekawym doświadczeniem. Z jednej ze stron CrossFit Koszalin – afiliowany, lekko naciągany i ciasny, mający jednak swoje atuty w niesamowitej atmosferze panującej wśród klubowiczów. Z drugiej zaś strony zakręceni bracia, w ciekawym miejscu stworzonym naprawdę z precyzją i pomysłem. Po raz kolejny zostałam miło zaskoczona. Lubię spotkania z ludźmi, których zwyczajnie jara ten sport, jednak jak widać każdego w inny sposób.

*****

Do RAMS udało mi się wpaść ponownie przelotem na dzień przed zawodami wewnętrznymi. W boxie stoi piękna, żywa choinka, a z głośników lecą świąteczne hity. Crossfitowa magia świąt, pełną parą! Przez Michała, zostałam przywitana jak domownik – z lekkim wyrzutem i radością – miałam być u nich na późniejszych zajęciach. Z kwestii przygotowań do zawodów, nie było akurat zajęć zorganizowanych, zrobiłam zatem założonego Hero WOD-a DT, pogadałam z Michałem i pojechałam dalej. Szkoda, że nie mogłam zostać na zawodach, chętnie wzięłabym udział w tym szaleństwie. Jeśli RAMS zdecyduje się na organizację następnych zawodów, będę pierwszą osobą która się zjawi w kołobrzeskim boxie!