CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

AESC znaczy Dziki Wschód

dodany przezKamil Timoszuk 15 września 2016 0 Komentarzy

„Nie można”, „Nie uda się” czy „To niemożliwe” to hasła, które w naszym życiu możemy usłyszeć dość często. Tracą one jednak na swojej aktualności w momencie gdy przychodzi ktoś kto o nich nie wie i stwierdza „No to patrz!”. Tak jak to robili i w tym roku to znowu powtórzyli organizatorzy Amarok East Side Challenge.

Jak się robi największy i najbardziej medialny crossfitowy event w Polsce? Według samych organizatorów czyli Michała, Damiana oraz Moniki, którzy na co dzień są właścicielami CrossFit Białystok, wszystko zaczyna się od kartki. To na niej są spisywane wszystkie pomysły, sugestie oraz przede wszystkim zadania jakie trzeba wykonać, aby powstało coś, co da wiele radości mnóstwu osobom. W tym roku myślę, że na spisanie tej całej listy jedna kartka to było zdecydowanie za mało. Patrząc na to co wydarzyło się w miniony weekend i z perspektywy tych kilku dni w ciągu których emocje już trochę opadły, można by zadać sobie jedno podstawowe pytanie – Czy można było zrobić to lepiej?

amarok-east-side-challenge-1

Amarok East Side Challenge od samego początku czyli roku 2014, postawił sobie za zadanie wyznaczać w Polsce pewne standardy. Standardy jakimi mogą się poszczycić największe imprezy w Europie czy nawet na świecie. Ktoś może sobie pewnie pomyśleć „Białystok i wysokie europejskie standardy, jaaasne!”. Wiadomym oczywiście jest, że pewnych rzeczy w tym mieście póki co się nie przeskoczy ot tak i z dnia na dzień. Tym czymś jest na przykład brak lotniska czy też porządnej hali widowiskowo-sportowej. Jednak nie jest to też powód do tego aby założyć ręce jedna na drugą i stwierdzić, że skoro tak to nic nie robimy. Podlasie jako region może poszczycić się nadspodziewanie wieloma inicjatywami, które mają gdzieś takie problemy, bo dzięki zaangażowaniu twórców poszczególnych akcji, Białystok otwiera się na świat. Amarok East Side Challenge jest zaś tego znakomitym przykładem.

amarok-east-side-challenge-2

Pierwsze dwie edycje crossfitowych starć w Białymstoku odbyły się w hali I Liceum Ogólnokształcącego. Sali jak na potrzeby czysto szkolne w zupełności wystarczającej, ale jak na potrzeby takiej imprezy już nie bardzo. Jednak jak się nie ma co się lubi… Nic więc dziwnego, że po dwóch latach, przyszła najwyższa pora na zmianę. Tu też pojawił się pomysł lodowiska w Białymstoku, czyli miejsca które nie dość, że oferuje większą powierzchnię do zagospodarowania na same zawody, to do tego jeszcze trybuny z których można w wygodny sposób oglądać rywalizację. Oprócz tego, samo lodowisko znajduje się w kompleksie Białostockiego Ośrodka Sportu i Rekreacji na który się składa stadion lekkoatletyczny, korty tenisowe oraz boiska. Nic więc dziwnego, że mając takie opcje do wyboru, tegoroczny AESC powiększył się o jeden dodatkowy dzień. A jeden dodatkowy dzień to znacznie więcej możliwości do zadania bólu startującym zawodnikom 😉

amarok-east-side-challenge-3

Pomimo tego, że nikt nie spodziewał się, że będzie łatwo, to liczba chętnych do wzięcia udziału w tej imprezie musiała robić wrażenie. Oprócz niemal całej polskiej czołówki, w eliminacjach wzięło też udział wielu zawodników spoza granic kraju. Jest to niezbity dowód na to, że dwie poprzednie edycje tej imprezy przyniosły efekt w postaci braku anonimowości eventu, co mam wrażenie, że czasami jest nie tyle ważne, co dla wielu decydujące. Bo kto normalny by chciał jechać nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co? Amarok East Side Challenge musi mieć więc chyba całkiem niezłą  opinię, jeśli w eliminacjach bierze udział wielu zawodników z zarówno zachodniej jak i też wschodniej Europy, a dzikie karty przyjmują zwycięzcy damskiej oraz męskiej kategorii elitarnych zawodów French Throwdown.

amarok-east-side-challenge-4

Duża część zawodników do Białegostoku dotarła już w piątek, aby dać sobie czas na odpoczynek przed zawodami oraz wziąć udział w typowej odprawie na której też ogłoszono pierwsze workouty. Po minach jakie mieli zawodnicy gdy pierwsze karty zostały odkryte, można było sądzić, że nic strasznego, czy nawet ciężkiego ich nie czeka. Jednak z typowym dla siebie poczuciem humoru Damian Truchel, który odpowiedzialny jest za programowanie treningów w CrossFit Białystok i AESC, przestrzegł wszystkich, że co innego jest widzieć trening na tablicy, a co innego jest go zrobić 🙂 Niby jest to takie proste i logiczne, a nawet doświadczeni zawodnicy potrafią się na tym złapać i przejechać 😉

amarok-east-side-challenge-5

Dlatego też od samego sobotniego poranka atmosfera na arenie zawodów była pełna skupienia. Z jednej strony organizatorzy starali się zadbać aby wszystko poszło po ich myśli i nie przydarzyły się żadne nieprzewidziane komplikacje. Z drugiej zaś strony większość zawodników pomimo pozornego luzu, chciała wypaść jak najlepiej do czego było potrzebne swojego rodzaju skupienie. Nic w tym jednak dziwnego skoro ci najlepsi walczyli o nagrody o wartości jakiej w Polsce jeszcze nie było. Na pierwszy ogień poszła więc kategoria Open, która przetarła szlaki reszcie i rozbudziła początkowo senną rywalizację. Do wykonania w 8-minutowym AMRAP-ie były thrustery, burpeesy, box jumpy oraz podciąganie na drążku. Wystarczająco rozbudowany zestaw aby zajechać nawet największego kozaka. Trening ten jednak był też o tyle trudniejszy, że zaraz po nim i po dwuminutowej przerwie czekało na zawodników kolejne wyzwanie. Tym czymś było ustalenie swojego maksa w zarzucie sztangi na barki czyli cleanie. Pierwszą z konkurencji wygrał nieznany większości ludzi w Polsce Paulius Birilinga z Litwy, a drugą już znacznie lepiej kojarzona postać czyli Mateusz Musiał z krakowskiego CrossFit 72D. 127 kilogramów w wykonaniu młodego zawodnika musiało robić wrażenie.

amarok-east-side-challenge-6

Jednym z bardziej znaczących plusów białostockich zawodów jest fakt, że każda z kategorii w większości przypadków ma zróżnicowane workouty. Jest to dobre zarówno dla nich, jak i też dla kibiców, którzy śledzą ich poczynania na hali lub w internecie. W tym roku bowiem ponownie była taka możliwość, że jeśli ktoś nie mógł lub nie chciał dojechać na Dziki Wschód, mógł spokojnie zostać w domu i obejrzeć wszystko jak na dłoni. Ba, powiem nawet, że zostając w domu przed ekranem monitora można się było chwilami lepiej bawić niż będąc na hali. Wszystko to za sprawą dwóch czynników. Pierwszym z nich jest profesjonalnie wyprodukowana transmisja przez ekipę która robiła to już rok temu, a w tym jeszcze to usprawniła. Drugim aspektem przemawiającym za oglądaniem w internecie był duet komentujący całe dwa dni czyli złotousty Karol  Zdunek oraz jego nówka nieśmigany partner mikrofonu Paweł Orzechowski. Dla ziomali po prostu Orzech 😉 Podczas samych zawodów można było zobaczyć jak wygląda transmisja na wielkim telebimie, ale posłuchać już nie. Ja jednak z ciekawości włączyłem sobie transmisję z odtworzenia i tak jak się spodziewałem – Zdunek z Orzechem dają radę 😀 No bo jeśli Karol potrafi zdradzać takie tajemnice Podlasia jak na przykład te o wódce za 2,50zł to musi być tam wesoło 😉 Ale do tego też naprawdę profesjonalnie, żeby nie było!

amarok-east-side-challenge-7

Najważniejszym wydarzeniem workoutu numer dwa była maszyna pieszczotliwie zwana „Kurwibajkiem” czyli Assault Air Bike. Dla niektórych zawodników z poszczególnych kategorii było to dość osobliwe spotkanie, ponieważ pedałowali oni na niej po raz pierwszy. Jak powszechnie wiadomo, pierwsze razy nie zawsze są przyjemne, a już na pewno nie na tej maszynie 😉 Co zrobić jak jednak kazali jechać, to niektórzy pojechali. Po bandzie. W kategorii Elite niesamowity wynik przejechania 50 kalorii wykręcił potężny Rafał Zomkowski z Reebok CrossFit Poznań, który zrobił to w 36 sekund(!).  Wydawało się, że taki czas nie zostanie już w żaden sposób pobity, ale jak się okazało, nie trzeba było zbyt długo czekać. Dokładniej do chwili kiedy na tę maszynę śmierci wsiadł Bronisław Olenkowicz. Człowiek znany z tego, że potrafi wyprawiać cuda żelaznymi kulkami oraz sztangami załadowanymi po brzegi. Jak się jednak okazało pedałowanie na Air Bike też idzie mu całkiem nieźle, bo gdy licznik zliczający jego kalorie pokazał 0, to czas w tym momencie zastopował na 34 sekundach. 34 SE-KUN-DACH! Po prostu czysty obłęd. Jeśli ktoś nie jest sobie w stanie tego wyobrazić, to niech znajdzie gdzieś w swojej okolicy tego typu sprzęt i spróbuje to powtórzyć. Robi to jednak na własną odpowiedzialność! Żeby jednak dodać jeszcze mocy temu wynikowi, po krótkiej minutowej przerwie, Bronek zajął trzecie miejsce w workoucie 2B. Patrząc na jego kolegów, którzy w 2A zrobili znacznie gorszy czas od niego, a mimo tego ledwo co stali na nogach, to robi jeszcze większe wrażenie.

amarok-east-side-challenge-8

GALERIA ZDJĘĆ Z PIERWSZEGO DNIA AESC

Z biegiem czasu, atmosfera w hali coraz bardziej się „zagęszczała”. Z jednej strony powodem tego był coraz większy napływ ludzi, a z drugiej brak klimatyzacji w hali, który przez dwa dni dała się w kość praktycznie wszystkim. Osób, które nie pociły się od samego stania domyślam się, że było naprawdę niewiele. Taki jest jednak urok organizacji zawodów w halach nie do końca do tego przystosowanych w dość upalne dni. Po dwóch ubiegłych edycjach AESC, kiedy towarzyszył mu śnieg, była to pomimo wszystko ciekawa odmiana. Zresztą każdy kto chciał w każdej chwili mógł wyjść by się trochę ochłodzić w pobliskim parku. Kto zaś zostawał miał do dyspozycji stoiska CrossFit Białystok, gdzie można było kupić coś do jedzenia i picia oraz koszulki miejscowego boxa. Do tego stoiska Maslove z fontanną z masła orzechowego, Reeboka z możliwością wzięcia udziału w challenge’u przy pomocy Air Bike’a lub kupienia sobie jakichś ciuchów, Amaroka do spróbowania ich asortymentu czy też firmy sprzedające sprzęt jak Unbroken Store czy Steelstorm. Całkiem spoko jak na jedne zawody, a szczególnie w Polsce.

amarok-east-side-challenge-9

Jednak punktem kulminacyjnym pierwszego dnia był workout numer trzy czyli drabiny – dla kategorii Elite snatchy, a dla Masters clean and jerk. Konkurencja, która przewija się na różnych zawodach zawsze budzi wiele emocji ze względu na swoją widowiskowość. Nie inaczej było i w przypadku AESC, gdzie sztangi fruwały aż  miło. Na początek za dźwiganie wzięli się Mastersi, a przede wszystkim Tomasz „Słoń” Lenarciak oraz Łukasz Dabbachi. Pierwszy z nich czyli reprezentant CrossFit Białystok zaszokował wiele osób już rok temu, kiedy to robił strict pressy sztangą ważąca 80 kilogramów 🙂 Tym razem Tomek poszedł jeszcze dalej i po zarzuceniu sobie 125 kilogramów na barki, wypchnął je nad głowę nie jerkiem, a praktycznie push pressem – jak na Słonia w końcu przystało 😉 Myślę, że i końcowe 130 kilogramów było do złamania, ale z racji naciągnięcia sobie czegoś przy próbie na 120 kilogramów, sztanga ważąca 130 to było już za dużo w tamtej chwili. Nie było to jednak za dużo dla Łukasza Dabbachiego z Opola, który w kapitalnym stylu zamknął całą drabinę.

amarok-east-side-challenge-10

W kategorii Elite ciekawy pojedynek stoczyły panie. Zresztą pytaniem przewodnim, które pojawiało się już przed zawodami było to, czy przybyłe spoza Polski zawodniczki zostawią daleko w tyle konkurencję i stoczą pojedynek między sobą. W roku ubiegłym rywalizacja pań długimi momentami był to przede wszystkim popis umiejętności i sprawności Katarzyny Baranowskiej. W tym roku ku zdziwieniu wielu osób, w tym nie ukrywam, że także i moim, było znacznie bardziej wyrównanie. Kirsty Oliver oraz Lisa Eble czyli triumfatorka i trzecia tegorocznych prestiżowych French Throwdown musiały się sporo namęczyć aby odeprzeć ataki polskich koleżanek. Tym bardziej, że te dostały niejako „wsparcie” od Ani Krasnopolskiej, która na co dzień mieszka w Anglii. Zawodniczki, która właśnie zamknęła drabinę snatchy i do tego dołożyła jeszcze kilka przysiadów ze sztangą nad głową. Jednak w tym workoucie kilka dziewczyn pomimo nie wygrania workoutu, może być zadowolonych z tego, że pobiły one swoje rekordy życiowe. Rywalizacja dziewczyn była to też świetna okazja dla kibiców do tego, aby móc zobaczyć na żywo Gabrielę Migałę, której mnóstwo osób kibicowało ostatnio podczas podbijania przez nią Carson 😉

amarok-east-side-challenge-11

U najsilniejszych panów nie trudno było typować przed startem drabiny, kto powinien się liczyć w tej walce najbardziej. Będący w ewidentnym gazie Paweł Czaplicki, Bartek „Bizon” Karczewski, triumfator tegorocznego French Throwdown Jamie Headon czy też przede wszystkim Bronisław Olenkowicz to nazwiska które padały najczęściej. I tak też w rzeczywistości było. O końcowej klasyfikacji w tym treningu zadecydował w dużej mierze błąd Bartka Karczewskiego, który po udanej ostatniej próbie snatacha, zamiast robić przysiady, po prostu spuścił sztangę na ziemię. I właśnie tych powtórzeń zabrakło mu aby być wyżej w klasyfikacji. Te zaś rozniósł Bronisław Olenkowicz, który momentami zaczyna przypominać już człowieka z innej planety 😉

amarok-east-side-challenge-12

Takim też sposobem zakończył się bardzo intensywny dzień numer jeden. Zanim jednak wszyscy rozeszli się w swoje strony, nastąpiło ogłoszenie pierwszego workoutu w dniu następnym. Ten zaś jak już było wiadomo miał się odbyć na podwórku. W sobotę jednak nikt się nie dowiedział w stu procentach jak to będzie wyglądać i był to bardzo dobry zabieg. Przynajmniej ludzie mogli spać spokojniej lub bez większych obaw udać się w sobotni ciepły wieczór odkrywać uroki Białegostoku. Sądząc po masie pozytywnych opinii usłyszanych dnia następnego, Białystok bardzo pozytywnie zaskoczył wiele osób 😉

amarok-east-side-challenge-13

Niedzielny poranek przyszedł jednak bardzo szybko, a wraz z nim konieczność stawienia się o poranku na boisku przy lodowisku, gdzie odbywała się pierwsza niedzielna konkurencja. Ta zaś była w iście kalifornijskim stylu. Do jej przeprowadzenia potrzebne były grubsze niż zwykłe sztangi, ciężkie kettle, kamizelki z odważnikami oraz lejący się żar z nieba. Połączenie którego nie powstydziliby się w Carson. Być może też dlatego ta konkurencja wśród pań padła łupem Gabrysi Migały, która miała już okazję aby zaznajomić się ze sprzętem tego typu podczas swojego występu w Kalifornii. Jak trudny był to workout doskonale zdawali sobie sprawę kibice, którym ciężko było wysiedzieć w miejscu pod ciężarem spadającego z nieba żaru. A co dopiero jeszcze zarzucać na siebie kamizelkę, sztangę i latać z tym sprzętem w różne strony. U panów rywalizacje w tym workoucie wygrali Jamie Headon, Mateusz Zajączkowski oraz Łukasz Dabbachi.

amarok-east-side-challenge-14

GALERIA ZDJĘĆ Z DRUGIEGO DNIA AESC

Powrót do hali lodowiska dawał w pierwszej chwili poczucie chłodu, które niestety było bardzo złudne i bardzo szybko znikało. Co gorsza też między innymi przez to, podłoga na której startowali zawodnicy była coraz bardziej śliska, a tym samym też niebezpieczna. Tym bardziej, że przed nimi był do wykonania jeden z efektowniejszych workoutów całych zawodów, ale też i niestety najbardziej niebezpiecznych. Niebezpiecznych głównie dlatego, że w workoucie numer pięć zawarte były skoki przez skrzynię. Niby nic takiego ale zawodnicy byli ustawieni w taki sposób naprzeciwko siebie, że w wielu momentach miało się wrażenie, że po którymś ze skoków z dwóch przeciwnych stron się bezpardonowo zderzą. Na szczęście jednak dla wszystkich nic takiego nie miało miejsca i wszyscy najlepsi awansowali do finału. W jednym i nienaruszonym kawałku.

amarok-east-side-challenge-15

Finał zaś był iście telewizyjnym widowiskiem. Dlaczego? Ponieważ workouty były skonstruowane w taki sposób, aby utrzymać niemal cały czas napięcie i poziom emocji na najwyższym poziomie. Czy to się udało? Zdecydowanie tak! Zarówno wśród pań jak i też panów z poszczególnych kategorii, praktycznie do ostatniej chwili trwała zacięta walka na sztandze, linach czy też podczas chodzenia na rękach. Zresztą o tym wydaje mi się, że nie warto jest pisać, a znacznie lepiej jest to po prostu obejrzeć skoro jest taka możliwość pod TYM linkiem. Warto jednak wspomnieć że świetna atmosfera która panowała na hali nie tylko podczas finałów, ale podczas całych dwudniowych zmagań to w dużej mierze zasługa dwóch osób. Z jednej strony Bartka Macka, który przez to ile razy udowodnił, że robi to świetnie, to jest już niejako gwarancją jakości prowadzenia zawodów. Z drugiej strony w Białymstoku został chyba odkryty niewątpliwy talent polskiej crossfitowej konferansjerki w osobie Michała Surdeja. Jaki ten człowiek łapie flow to ja nie mam pytań! 😉 Czasami miałem przez to wrażenie, że Michał zdecydowanie chce sprawić aby Bartek był bezrobotny 🙂

amarok-east-side-challenge-16

W finalnym rozrachunku na podium Amarok East Side Challenge 2016 stanęli ludzie, którzy na te miejsca sobie przez dwa bardzo ciężkie dni mocno zapracowali. W kategorii Open na najwyższym podium znalazł się Mateusz Zajączkowski, który chyba powinien chyba powoli już myśleć o nie wygłupianiu się tylko adoptowaniu się do standardów Elite. Wśród „starszych panów” czyli Mastersów, jak po swoje ale nie bez przeszkód poszedł Łukasz Dabbachi. Facet na widok którego u większości kobiet stojących tuż przy barierkach, pojawiał się niekontrolowany uśmiech na twarzy. Wśród kobiet triumfowała niezwykle sympatyczna, uśmiechnięta i niesamowicie wysportowana Lisa Eble. Dziewczyna która musiała się naprawdę wysilić aby się wdrapać na najwyższy stopień podium bo rywalki jej tego na pewno nie ułatwiły. Zaś wśród najbardziej obserwowanych panów czyli kategorii Elite wygrał człowiek, który można by powiedzieć, że trochę „wrócił z zaświatów” czyli Paweł Czaplicki. Czy jest to taka mała zapowiedź tego, że jego odwieczny crossfitowy plan polegający na dostaniu się na Regionalsy jest jeszcze możliwy do zrealizowania? To pewnie pokaże czas, ale z taką formą jak w Białymstoku to nie stoi on na straconej pozycji.

amarok-east-side-challenge-17amarok-east-side-challenge-18amarok-east-side-challenge-19

amarok-east-side-challenge-20

Takim też sposobem święto polskiego CrossFitu dobiegło końca. Dwa długie dni w Białymstoku dały w kość praktycznie wszystkim obecnym – zawodnikom, organizatorom, obsłudze, a także kibicom. Nikt kto jednak przyjechał do Białegostoku i dotarł na halę lodowiska, nie mógł z tego powodu specjalnie narzekać. Wszystko bowiem dlatego, że każdy dostał to po co tak naprawdę przybył. Wielu osobom po tym weekendzie jeszcze jakiś czas będzie towarzyszyć wiele emocji, ale w moim odczuciu większość z nich będzie tylko i wyłącznie pozytywnych. Bo odpowiadając na zadane na początku pytanie o to czy można coś było zrobić lepiej podczas tego eventu? Pewnie parę rzeczy znalazłoby się do poprawy ale i tak na chwilę obecną to Amarok East Side Challenge jest  prawdziwą wizytówką polskiej sceny CrossFit z której śmiało można być dumnym.

amarok-east-side-challenge-21

Organizatorom zaś należą się wielkie brawa za wszystko co do tej pory zrobili, bo podwyższać sobie poprzeczkę, a następnie do niej doskakiwać to jest nie lada wyczyn! Oby ta sztuka udawała się za każdym razem.