fbpx
CrossFitO wszystkimZawody & Eventy

42,195 Powodów do uśmiechu

dodany przezKamil Timoszuk 24 stycznia 2017 0 Komentarzy

Skąd w głowach ludzi biorą się dziwne pomysły? Co skłania ich do ich późniejszej realizacji? Typuję, że w największym stopniu dzieje się tak za sprawą dobrego prowodyra i stworzonej ku temu okazji. Świetnym i potwierdzającym to przykładem jest Ania Demianiuk i jej impreza Just ROW.

Dobrze wiecie, wy ludzie, którzy wpadacie tu czasem na mojego bloga, że od długiego już czasu staram się jeździć po Polsce i nie tylko, w poszukiwaniu ciekawych imprez. Jako jedna z nielicznych osób, staram się przekazywać wam moje odczucia z poszczególnych eventów. Imprezy crossfitowe dają o tyle ciekawe możliwości, że już w swoim założeniu mają zaskakiwać i różnić się od siebie. Sprawiają to choćby różnorakie workouty, które są przygotowywane przez osoby programujące na dane zawody. Jak jednak mam pisać z emocjami o wiosłowaniu na ergometrze przez bitych kilka godzin?! 🙂

Ania Demianiuk jest znana dla wielu osób w środowisku crossfitowym jako „ta dziewczyna od wioseł”. I jest to bardzo słuszne skojarzenie z racji tego, że większość swojego życia spędziła w łódce na wodzie. Kiedy jednak przyszedł czas życiowych wyborów, łódka poszła w kąt i trzeba się było zmierzyć z „prawdziwym życiem”. Te natomiast przyniosło dla Ani CrossFit, który chyba był strzałem w dziesiątkę. Bo to właśnie dzięki niemu, ta dziewczyna może się dalej realizować i wprowadzać w życie swoje czasami chore pomysły. No bo powiedzmy sobie szczerze, kto normalnym nagabuje boga ducha winnych ludzi, aby ci z prawie własnej woli wyszli, a dokładniej rzecz biorąc wypłynęli, daaaleko poza strefę komfortu? 😉 Takie rzeczy to tylko z Anią i jej Just ROW.

I w taki oto sposób w sobotnie popołudnie, odbyła się kolejna edycja dorocznej imprezy pod tym właśnie szyldem. Po tym jak 2 lata temu organizatorka miała jeszcze trochę litości, i zaproponowała uczestnikom „tylko” półmaraton, tak rok temu nie było zmiłuj. W tym roku cała impreza nosiła nazwę Just ROW – Find Jour Way i nie był to żaden przypadek. Chodziło głównie o to, aby każdy ze startujących znalazł najbardziej dogodny dla siebie sposób aby porwać się na przepłynięcie maratonu. Czy to samodzielnie, czy to w zespołach. Jeśli ktoś nie czuł się na siłach aby to zrobić, na tego czekała opcja 21-kilometrowa czyli też nie najgłupsza. Jeśli do tego dodamy to, że wszystko było powiązane ze zbiórką funduszy na małą chorą dziewczynkę, to tym bardziej cała inicjatywa była godna pochwały i przyklaśnięcia.

W roku ubiegłym podobnie jak i w tym, wiosłowanie odbywało się w warszawskim boxie CrossFit Dock. W 2016 roku odbyło się to w ich miejscówce na Woli, w którym jeśli nigdy nie byliście, to wcale się nie zdziwię jeśli kojarzycie z internetów i z wielkiego, kapitalnego graffiti na ścianie. Ewentualnie też, to w tym miejscu Marta z „Na Wspólnej” omal nie przypłaciła życia od przetrenowania pustym gryfem, a jej trener zdawał level 2 wyciskając na klatę 😀 W tym roku event przeniósł się do CrossFit Dock Stadion, a dokładniej pod Stadion Narodowy w Warszawie, gdzie są ustawione oddzielne pomieszczenia. Budynek o remoncie którego krążą już niemal legendy, bo jest to taka trochę niekończąca się opowieść. Nawet w dniu maratonu w jednym z niedokończonych pomieszczeń, robotnicy w dalszym ciągu coś tam dłubali. Jednak pomieszczenie samo w sobie ma już ciekawy klimat, wygląda fajnie i… perspektywicznie. Jak to określiła jedna z osób, które pojawiła się tam również po raz pierwszy – „fajny box… można by tu zrobić” 😀 Kompletnie nie wiem o co jej chodziło 😉

GALERIA ZDJĘĆ Z JUST ROW 2017

W dużej mierze z racji tego w jakim miejscu odbywała się tam impreza, trzeba było ją podzielić na dwie części. Pierwsza z nich, która skupiała się na osobach lub zespołach chcących przebyć cały maraton, startowała o godzinie 15. Półmaratończy swój start mieli natomiast zaplanowany w okolicach godziny 19. Ja odkąd tylko pojawiła się informacja o tym, że będzie taki event wiedziałem, że nie tyle muszę na nim być, co chcę wystartować. Po tym jak rok temu wystąpiliśmy jako 4-osobowa koalicja CrossFit Białystok i CrossFit ELEKTROMOC, tak w tym roku skład zmniejszyliśmy o osób sztuk jeden. I oficjalnie stwierdzam, że to był mój ostatni raz w tej konfiguracji! I to nie dlatego, że ich nie lubię czy coś 😉 Ja po prostu drugi rok z rzędu mam niedosyt, ale o tym za chwilę. Warto za to wspomnieć o Anecie, koleżance z boxa, która w ubiegły czwartek napisała do mnie z pytaniem czy może jechać z nami by pokibicować. Natomiast już w piątek okazało się, że rzutem na taśmę zapewniła sobie udział w tej imprezie jako zawodnik. I to nie byle jaki zawodnik, bo jeden z zaledwie trzech, którzy w tegorocznej edycji zechcieli przebyć maraton samodzielnie. A musicie jeszcze wiedzieć, że Aneta pomimo że trenuje różne rzeczy już jakiś czas, to z samym CrossFitem, a już wiosłami na pewno, ma styczność od jakichś zaledwie trzech miesięcy. Do chwili startu w maratonie, nigdy nie przepłynęła na ergometrze więcej niż 1000 metrów. Za to potrafi robić takie rzeczy 😉

Jednak sam pomysł porwania się na na maraton dla mnie osobiście wydawał się czystym szaleństwem. Zresztą nie tylko dla mnie, sądząc po reakcjach innych osób spotkanych w Docku 😉 Ale skoro chciała, to cóż, kobiety nie odwiedziesz od pomysłu jeśli się bardzo uprze 🙂

Kiedy wybiła godzina zero dla wszystkich maratończyków, nie było odwrotu, trzeba było po prostu spiąć poślady i zasuwać. Z tym spinaniem to też tak niezbyt mocno, bo gdyby tak chcieć trzymać spięcie ponad 3 godziny, to nie chcę nawet myśleć co by się działo z tyłkiem pod sam koniec 🙂 Nie ma też co ukrywać, że maraton wioślarski to nie jest najbardziej emocjonująca impreza świata. Ot po prostu banda szaleńców, która siedzi sobie i wykonuje dziwne ruchy na jeszcze dziwniejszej maszynie tortur. Bo właśnie w taką maszynę, zamienia się ergometr wioślarski na pewnym etapie maratonu. Ja tym razem nie doszedłem do tego momentu, ponieważ płynąc w 3-osobowym teamie autentycznie nie miałem możliwości się jakoś strasznie zmęczyć. Jedynym moim założeniem było to, aby swoją działkę czyli pierwszych 14 kilometrów unbroken, przepłynąć w tempie poniżej godziny. I ta sztuka zdecydowanie się udała, bo zszedłem poniżej tego limitu około 4 czy 5 minut. Pozostał jednak gdzieś z tyłu głowy niedosyt, podobny do tego z przed roku. Coś na zasadzie „To już? Koniec?”. Jest to jednak drugi raz z rzędu wskazówka aby polecieć samemu oficjalny maraton. W sobotę natomiast całą resztą, czyli 28 kilometrami, musieli się zająć moi towarzysze z ekipy „Pojebani Glutenfani”. Nie pytajcie skąd ta nazwa 😉

Ja natomiast miałem wtedy chwilę dla siebie oraz na to aby rozejrzeć się po samych zawodach, i porobić na przykład fotki. Robienie ich było jednak w tym roku utrudnione, ponieważ ergometry były ustawione bardzo blisko siebie. Do tego też nie pomagały wszędobylskie słupy, jakich jest spora ilość w tym boxie. Jeśli do tego dodamy wspierających każdego z zawodników fanów, to chcąc nie przeszkadzać samym startującym, w pewnym momencie po prostu odpuściłem pstrykanie fotek. Chciałem jednak wspomóc swoją koleżankę Anetę, która widziałem, że w trakcie wiosłowania z każdą kolejną chwilą zrozumiała to, na co się porwała. Zamknięte długimi chwilami oczy, były chyba naturalną obroną organizmu przed widokiem wyświetlacza, na którym kolejne metry nie znikały tak szybko jakby sobie tego życzyła. Kiedy miała na swoim koncie ponad połowę dystansu, usłyszałem z jej ust, że chce jej się płakać. Doradziłem jej więc, aby na chwilę wstała, pochodziła i wróciła na swoje miejsce. Ja gdy płynąłem swój indywidualny maraton zdecydowanie sobie chwaliłem te momenty.

Niestety w jej przypadku zawiodła z jakichś względów złośliwa technika. Wszystko dlatego, że w momencie odłożenia drążka oraz wypinaniu nóg z ergosa, wyłączył się wyświetlacz! Niestety też w takiej chwili nie było możliwości już powrotu i wiosłowania dalej tego samego maratonu. Dlatego też po szybkich ustaleniach z organizatorką, obie panie uznały, że tego dnia półmaraton i osiągnięty czas, będzie dla Anety wystarczający. Jak na jej pierwszy raz, to i tak jest wyczyn, za który należą się gratulacje 🙂 W sumie dobrze, że coś takiego się stało na 23 kilometrze, a nie na przykład 40 😉 Nie chciałbym doświadczyć osobiście czegoś takiego i tym bardziej nikomu tego nie życzę. Oczywiście jakiś tam niedosyt w Anecie pozostał, ale niech to będzie dla niej motywacją do tego, aby za rok wrócić. Przynajmniej wtedy nie będę umierać sam 🙂

Wiele zespołów podeszło do całego maratonu na zasadzie normalnych zawodów i osiągnięcia jak najlepszego czasu. Do tego też dostosowana była taktyka, która w większości przypadków zakładała bardzo częste zmiany wiosłujących. Sądząc po czasach jakie osiągały najlepsze zespoły, śmiało można stwierdzić, że było to skuteczne posunięcie. Do tego też na całej imprezie nie mogło zabraknąć Maćka Maciejewskiego. Człowieka, który na wiosłach potrafi robić wyniki w postaci pływania 500 metrów w czasie minuty i 15 sekund lub też pływania 100 kilometrów za jednym zamachem. Co jednak ciekawe, tym razem nie wystąpił on sam, a w zespole z najmłodszą uczestniczką maratonu, 17-letnią Julitą Kalita. Tak więc jak widać wiosłowanie ewidentnie potrafi być zaraźliwe. Zresztą zobaczcie jak wyglądały finisze najlepszego teamu, najlepszego indywidualisty, ekipy gospodarzy czyli CrossFit Dock oraz nasz 😉

I tak właśnie wyglądała pierwsza część tegorocznej edycji Just Row – Find Your Way. Na drugiej tym razem nie mogłem zostać do końca. Jednak zakładam w ciemno, że nie było żadnego fakapu. Ania by raczej do tego nie dopuściła, a gdyby tak było, to by spadły głowy 😉

Ja po tegorocznym wiosłowaniu jak zwykle czuje się usatysfakcjonowany pod kątem samego uczestnictwa w tym wydarzeniu. Dzięki istnieniu takiej inicjatywy, prawie 100 osób w tym roku zrobiło coś, czego w rodzimym boxie, na siłowni czy w domu, nie podjęła by się nigdy. A w grupie zawsze jest przyjemniej działać. Nawet jeśli porywamy się na najdziwniejsze wyzwanie. Dlatego tej inicjatywie jak najbardziej przyklaskuję i wspieram.

Za rok natomiast wiosłuję 42 kilometry w samotności. Dołącza ktoś do mnie? 😉